prawie niewidoczny, jesienny dzienniak

  • 6
Wracam do Was z kolejnym postem, utrzymanym mniej więcej w tej samej kolorystyce, co poprzednia, ciastowa notka. Znowu trochę brązu i złota, ale w niemal transparentnej formie.

Nie raz już wspominałam, że w makijażu oka ograniczam się na co dzień jedynie do tuszu i, ewentualnie, delikatnej kreski na powiece lub linii wodnej.
Cieni nie używam, poza jednym swoim  złotkiem z Miyo mam tylko paletkę, którą wygrałam w konkursie.

Jeśli chodzi o kolory to, jeśli już się na coś odważę, zawsze są to beże i brązy.
I tak jest tym razem. 
Bardzo delikatna brązowa kreska, rozmazana + złoto-miedziana kredka roztarta na ruchomej części powieki.
Makijażu prawie nie widać, ale jednak ładnie podkreślił moje oko :)
To mój pierwszy "makijaż" tutaj, więc proszę na mnie nie krzyczeć :D
Baaaardzo rzadko silę się na coś więcej niż tusz, więc wprawy nie mam żadnej.
Rzęsy wytuszowałam tylko odrobinę, co by nie przysłoniły powieki, bo to właśnie robią zazwyczaj (jeden z powodów, dla których nie widzę sensu malowania powiek).




Jeśli to ja, to musi być minimalizm :D
Użyłam więc tylko trzech kosmetyków


1. Tusz do rzęs Astor Big&Beautiful Boom! (recenzja)
2. Kredka do oczu Miyo, Devil Eyes, Brown
3. Automatyczna konturówka do oczu Wibo, nie wiem, co to za kolor, myślałam, ze będzie brązowa, okazała się miedziana ;)

Nic to wymyślnego, ale i ja nie jestem wymyślna.
Po prostu stwierdziłam, że wypadałoby w końcu coś tego typu zaprezentować :)

Miłego popołudnia!

czekoladowo-karmelowe babeczki pieguski!


Piękną słoneczną niedzielę mamy dzisiaj znowu, szkoda tylko, że tak wieje :(
Mam dla Was mało kosmetyczny post, ale jakże smaczny :D
Tak sobie wczoraj pomyślałam, że napiekę dzisiaj babeczek, co by odstraszyć wszelkie smutki poniedziałkowe jutro.
I voila!
Pierwszą rzeczą, jaką dałam Wam zobaczyć są właśnie te pseudo minimuffinki.

Przepis jest niesamowicie prosty!

Składniki:

  • 2 szklanka kakao
  • 4 szklanki mąki
  • 1 i 1/3 szklanki cukru
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 szklanki mleka
  • 200 g masła do rozpuszczenia
  • 4 jajka
Przygotowanie:
  • Do dużej miski wrzucamy najpierw wszystkie sypkie składniki
  • Mieszamy łyżką
  • Dodajemy wszystkie "mokre" składniki
  • Mieszamy łyżką aż do uzyskania masy o równomiernym kolorze i po prostu dopóki nam się te wszystkie mączne rzeczy ładnie połączą. Grudkami nie należy się przejmować, są nawet wskazane :D
  • Do każdej muffinkowej foremki dajemy porządną łychę masy
  • Do piekarnika, pieczemy aż się upieką, dosłownie 10 minut, ja po prostu sprawdzam patyczkiem
  • I gotowe!
Jak widzicie moje babeczki mają jeszcze polewę- wykorzystałam taką z proszku, która została w domu po jakimś cieście ("karmelek" zdaje się)
Całość posypałam jeszcze drobną startą ciemną czekoladą .



Taka ilość składników wystarczyła mi na zrobienie prawie 30 małych babeczek. Zrobiłam tyle, ponieważ połowę zostawiam domownikom, a drugą zabieram dla Lubego :*
Dla mniejszej ilości wystarczy po prostu podzielić składniki na pół :)

W zasadzie nic specjalnego, ale zawsze to jakiś słodki umilacz życia:D

włosy- olejowy challenge- START!

  • 10
Tadam!
Dzisiaj, dzięki mojemu Ukochanemu, jestem nareszcie posiadaczką, a nawet od kilku godzin użytkowniczką, oleju do włosów z prawdziwego zdarzenia :)
Z okazji imienin dostałam olej Amla Dabur!



(informacje oczywiście tutaj: http://www.helfy.pl/amla-olejek-amalaki-wzmocnienie-wlosow )

Tak więc z wielkim podnieceniem ogłaszam początek zmasowanych działań, które mają na celu nawilżyć i odrodzić moje włosy. Od jakiegoś już czasu nakładałam na włosy oliwkę i olej rycynowy, ale to z tym olejkiem wiążę największe nadzieje.
Do tego dołączą tabletki calcium pantothenicum, ponieważ bardzo zależy mi na nowych włosach.

Systematyczne dbanie o włosy, ze wszystkich pielęgnacyjnych zabiegów, wychodzi mi zdecydowanie najlepiej, więc myślę, że nie będę mieć problemu z donoszeniem Wam o efektach.
Zaczynamy!

Na początek stan moich włosów teraz, tak dla przypomnienia. Posłużę się zdjęciem, które przedstawiłam przy okazji notki na temat ogólnej pielęgnacji włosów. Ich stan nie poprawił się zbytnio, więc myślę, że będzie w sam raz.
Kolejne zdjęcie- za miesiąc.
Już teraz serdecznie Was zapraszam! :)



Dobrej nocy!

paletka korektorów od catrice

Dobry wieczór :)
Coś rzadko tu ostatnio raczę Was recenzjami, ale na Wasze blogi zaglądam regularnie, nawet jeśli nie zawsze zostawiam komentarz :)
Dzisiaj przygotowałam znowu recenzję powtórkową, tym razem niezmiennie pozytywną.
Paletkę korektorów Catrice kupiłam dawno, nie jestem nawet w stanie powiedzieć, kiedy. Zdjęcia, które zobaczycie były robione na początku użytkowania, w tym momencie dogrzebuję się już do dna beżów :(


CATRICE, ALLROUND CONCEALER


Producent:

A whole palette of options to always look great. With this set of five shades, it’s easy to even out small skin irregularities (beige shades), magic away dark shadows under your eyes (pink shades) and cover up redness (green shade). And application is super pleasant thanks to the creamy texture.
(źródło: catrice.eu)


OPAKOWANIE: całkiem estetyczna, podłużna paletka z przezroczystego, dość mocnego plastiku. Bez zbędnego, pstrokatego wzornictwa, czyli taka, jakie lubię :)
ZAPACH: nie ma
KOLOR: producent oferuje nam trzy odcienie korektora beżowego, zielony oraz różowy. Jest to jedyna gama kolorystyczna, ale moim zdaniem trafiona. Czytałam wiele recenzji, w których Dziewczyny narzekają, że odcienie beżu są dość, powiedzmy, abstrakcyjne. Ja bym jednak nie przesadzała. W moim przypadku idealne jest połączenie najciemniejszego z tym średnim.
KONSYSTENCJA: korektory są kremowe. Ale zielony nieco różnie odbiega od reszty. Jest bardziej wodnisty i gorzej kryje.



EFEKTY: Moja buzia jest dość bogato upstrzona albo świeżymi wypryskami, albo śladami po tych, które marnie zginęły :)
Dlatego korektor jest tego rodzaju kosmetykiem, z którym jestem bardzo zaprzyjaźniona. Ta paletka spełnia wszystkie moje oczekiwania i doskonale koryguje stan mojej cery.
Kolorem, którego w zasadzie nawet nie dotknęłam, jest najjaśniejszy beż. Kompletnie nie moja kolorystyka, jestem zdecydowanie ciemniejsza.
Drugi  z kolei jest wciąż za jasny, ale bardzo skutecznie ukrywa wszelkie niedoskonałości. Żeby go nieco przyciemnić delikatnie muskam je tym już w zasadzie brązowym. Efekt jest bardzo dobry, na buzi nie ma żadnych ciemniejszych ani jaśniejszych plam.
Początkowo nie używałam różowego korektora.Nigdy nie miałam problemów z cieniami wokół oczu, a ich oprawa  jest naturalnie ciemna, z czego bardzo się cieszę, bo to genialnie podkreśla moje oczy. Z tego powodu nigdy nie czułam potrzeby, żeby jakoś rozjaśniać te okolice.
Od jakiegoś czasu zaczęłam jednak nakładać go nieco pod oczy. I muszę powiedzieć, że uzyskałam bardzo ładne rozświetlenie! Obecnie tylko sporadycznie nie używam tego koloru :)
Kolor zielony, jako jedyny, wzbudza we mnie wątpliwości. Na początku używałam go do zakrycia czerwonych blizn po wypryskach. Jednak ten kolor ma bardzo niestałą konsystencję, tak jakby miał gorsze dni. Powinien dobrze neutralizować te zaczerwienione miejsca, ale krycie ma na tyle słabe, że ostatecznie stwierdziłam, że używanie go jest kompletnie nieekonomiczne i zrezygnowałam, zadowalam się w tym względzie kryciem, jakie zapewnia mi podkład.
TRWAŁOŚĆ: korektory utrzymują się na swoim miejscu, o ile nie są narażone na jakieś intensywne ścieranie. Pod wieczór już jednak mogą się trochę ważyć.
WYDAJNOŚĆ: biorąc pod uwagę stan mojej cery, która ma te lepsze i te gorsze okresy, muszę powiedzieć, że jest to wydajny kosmetyk. Wydziubałam do dna beże, ale tylko po środku kwadracików, a po bokach jest go jeszcze sporo, więc pewnie posłuży mi jeszcze raz tyle czasu, ile do tej pory :)

Poj: 6g
Cena: ok.14 zł

Bardzo porządny kosmetyk, zdecydowanie godny polecenia. Nie zrażałabym się tak od razu tymi odcieniami beżów, bo przecież nie takie trudne jest kombinowanie  z mieszaniem, a efekty są naprawdę bardzo fajne. Oczy rozświetlone, niedoskonałości zakryte- ja niczego innego nie wymagam :)

OGÓLNA OCENA: 5/5

A Wy używałyście tych korektorów, czy macie swoich faworytów? ;)

ziaja- serum do biustu

  • 11
Dobry wieczór moje Drogie.
Zalatałam się wczoraj strasznie i dopiero teraz mam czas, żeby siąść i napisać obiecaną recenzję  kremu do biustu z czarnej serii Ziai.
Nie lubię mieć takich zaległości w przeglądaniu Waszych blogów, czuję się wtedy strasznie zagubiona i nie wiem, gdzie mam oczy podziać :)
Także ze względu na opóźnienie zabieram się do roboty a Was zapraszam do czytania :)


ZIAJA, REBUILD, MASŁO UJĘDRNIAJĄCE BIUST, DEKOLT



Producent: 

skuteczność ujędrniania i regeneracji
Ekstrakt z Enteromorpha compressa, ekstrakt z grzybów Shi take, aminokwas Hydroksyprolina

* Intensywnie ujędrnia, napina oraz wyraźnie poprawia sprężystość naskórka.
* Wzmacnia strukturę skóry, zapobiega jej wiotczeniu oraz utracie elastyczności, również po porodzie.
* Aktywnie modeluje i poprawia wygląd biustu.
* Skutecznie przeciwdziała powstawaniu rozstępów i wyraźnie zmniejsza już istniejące.
nie zawiera alkoholu


SPOSÓB UŻYCIA
Nanieść grubą warstwę kremu na oczyszczoną skórę piersi i dekoltu. Wmasować ruchami okrężnymi omijając okolice brodawek. Produkt zalecany szczególnie podczas diety odchudzającej oraz po urodzeniu dziecka, z jednoczesnym przestrzeganiem zasad higieny brodawek przed każdym karmieniem.



Substancje aktywne
 (źródło: ziaja.com)

OPAKOWANIE: prosty plastikowy słoiczek, bardzo praktyczny, ponieważ umożliwia wydobycia co do ostatniego mililitra :) Wydaje się być stabilne, niejednokrotnie lądowało na podłodze z wysokości a nie widać na nim ani jednej rysy. Ponadto bardzo podoba mi się dizajn tej serii.
ZAPACH: typowy dla tej serii zapach anyżku. Przez jedne użytkowniczki znienawidzony, przez inne lubiany. Nie można być chyba obojętnym. Ja należę do grupy, której zapach się podoba. Nie utrzymuje się na skórze zbyt długo. Ja stosuję go na wieczór, po prysznicu i kiedy kładę się spać, już go nie czuć.
KOLOR: biały.
KONSYSTENCJA: bardzo bogate, aksamitne masło do ciała. Bardzo łatwo rozprowadza się na skórze ni szybko wchłania. Nie pozostawia tłustego filmu, ani uczucia lepkości.


EFEKTY: Kiedy pierwszy raz zamieszczałam recenzję tego produktu byłam nim zachwycona. Niestety teraz, po wykończeniu opakowania dosłownie do ostatniej drobinki czuję się zawiedziona. Dlaczego?
Ponieważ ostatecznie krem podarował mi tylko niezwykle gładką i fantastycznie mięciutką skórę.
Co z obietnicami? Początkowo, nie ukrywam, produkt spełniał swoją rolę- skóra była napięta, jędrna.
O biust dbam od bardzo dawna, bo ze względu na jego rozmiar zwyczajnie mu się to należy, a mi z kolei zależy na tym, aby jego wygląd oraz struktura jeszcze długo pozostały niezmienne. Kiedy skończyłam 20 lat postanowiłam zainwestować w specjalny krem i wzbogacić program pielęgnacyjny (zimne prysznice i ćwiczenia). Pierwsze było serum Eveline. Mistrz nad mistrze, zużyłam chyba 5 opakowań, kolejne zostanie dzisiaj zaczęte, recenzja na pewno również się pojawi.

Ze względu na to, że moje piersi są po prostu zadbane i wyglądają świetnie nie oczekuję od tego typu kosmetyku spektakularnego działania, typu wypełnienie, powiększenie, bógwieco.
Byleby skóra była gładka i jędrna, co by ograniczyć działanie grawitacji.
Niestety. Ten krem nie zrobił w tej kwestii niczego. Moje piersi nie sięgnęły oczywiście pępka, ale przecież nie tego trzeba, żeby czuć, że skóra nie jest w takim stanie, o jakim się marzy.
Producent obiecuje modelowanie i poprawienie kształtu biustu- oczywiście nic takiego nie zauważyłam, no chyba, że moje piersi są idealne i po prostu lepiej być nie może :D

Kolejna ważna kwestia- rozstępy. Te z Was, które mają biusty większych rozmiarów, którym piersi urosły w szybkim tempie i zostały naznaczone rozstępami, nie powinny upatrywać jakiejkolwiek pomocy w tym względzie. Ok, nowych rozstępów mi nie przybyło, ale też nie było żadnej konkretnej przyczyny, która miałaby takie wywołać. Istniejące jednak nie zmniejszyły się czy wygładziły.

Nie będę ukrywać, że moja negatywna ocena wynika w dużej mierze z faktu, iż bardzo długo używałam serum z Eveline i po prostu mam porównanie. A w takim czelendżu Ziaja wypada bardzo słabo. Różnicy między tymi produktami może nie widać na biuście, ale ją czuć.
W okresie, kiedy używałam serum E. moje piersi były niesamowicie jędrne, czasem wręcz nieco twarde, mięsiste, jędrne  na maxa. Tak, jakby w środku, pod skórą było ich jakby... więcej?
Z Ziają ok, kształt biustu nie ulega zmianie , ale jest bardzo miękki. O ile w kwestii skóry jest to niewątpliwie zaleta, to ja jednak wolę, kiedy piersi są bardziej takie hm.. zwarte.
Nie wiem właściwie, dlaczego tak bardzo zmieniło się działanie tego kremu. Początkowo myślałam, że to godny zastępca Eveline, ale po miesiącu używania efekty zniknęły. Czyżby skóra się przyzwyczaiła? Nie  mam pojęcia.



Poj. 200 ml
Cena: ok.14 zł

OGÓLNA OCENA: 1/5

Także Dziewczyny! Jeśli chcecie wzbogacić pielęgnację swojego ciała o kosmetyk mający na celu opiekę nad Waszymi piersiami, to polecam najpierw sięgnąć po serum Eveline. Dopiero później, jeśli jakimś cudem Wam się nie spodoba lub jeśli będziecie chciały po prostu zafundować skórze odmianę, polecam poszukiwania czegoś innego. No chyba, że lubicie mieć ultramiękkie piersi i nie macie z nimi większych problemów- w takim przypadku Ziaja będzie idealna.
Dobrej nocy :)

zakupy! część 1. ♥ + nagroda

  • 8
Hej Hej Moje Drogie Panie!


Taaaaak byłam na zakupach!
Kto czytał poprzedniego posta, ten wie, o co się rozchodzi :D

Ponieważ jednak jestem wielce rozrzutna i gotowa byłam wydać dzisiaj w ciągu dwóch godzin wszystkie pieniądze, posłuchałam mądrej rady M., co by sobie jakoś tę listę najpotrzebniejszych (a jakże!) rzeczy do kupienia podzielić na kilka wyjść. Jak tak się przyjrzałam, to stwierdziłam, że w sumie tak na gwałt to potrzebuję tylko smarowideł do ciała.
 I tak idąc tym tokiem rozumowania, lista zakupów została podzielona na trzy części: ciało, kolorówkę i włosy. Z tym, żeby przypadkiem nie wyjść poza te ściśle wyznaczone na liście pozycje, nie mam jakoś ostatnio problemu, zobaczymy jak długo.
Także muszę się pochwalić, ze wszystko poszło wg planu, bo nie wydałam więcej pieniędzy niż przewidywałam, a nawet lepiej, bo moje rossmanowe zakupy w całości były z promocji :)

Ale ale zanim jeszcze do tego, to chciałabym się pochwalić nagrodami, jakie dzisiaj przyniósł mi listonosz. Pod koniec ubiegłego tygodnia znowu dopisało mi szczęście i wygrałam rozdanie u Sophie Czerymoja, której chciałam tu bardzo podziękować za szybką przesyłkę i starannie zapakowane prezenty :)

A oto kosmetyki, o które się wzbogaciłam:



3 SZMINKI SALLY HANSEN




CIENIE REVLON SUMMER SUEDES


PHARMACERIS REGENERUJĄCY KREM-MASŁO DO CIAŁA

A co Kasiul kupił sobie sam?
Tylko serum do biustu i serum na cellulit Eveline ;)



Czyli powrót do klasyki. Na cellulit specjalnie chciałam coś rozgrzewającego, a krem do biustu jest absolutnym debeściakiem i mój biust bardzo go lubi, a za te miłe zabiegi odwdzięcza się idealnym wyglądem ;)

Na liście był również szeroko pojęty balsam do ciała, ale tak coś czułam, że dziś przyjedzie do mnie paczka od Sophie, więc nic nie kupiłam.

Oczywiście to nie koniec, ponieważ ciało trzeba też w coś ubrać, nie obyło się bez szybkich zakupów ciuchowych.
Już dawno planowałam zakup nowych spodni, dziś padło na Reserved i czarne,materiałowe, bardzo skinny rurki, w bardzo przyjemnej cenie.
Po wczorajszym haulowym wpisie drogiej Luthienn, nie omieszkałam popędzić dziś do New Yorkera i upolować czarną koszulę. Była! Porwałam ją z wieszaka, przymierzyłam, o dziwo, jak na tego typu bluzkę fajnie leży. Bo niestety na pokaźnych rozmiarów biuście to wszystko niestety brzydko wisi. A tu wszystko ok. Bardzo dziękuję za cynk! ;)




Wybaczcie jakość zdjęć, no ale zrób tu dobre zdjęcia telefonem o tej porze.
Teraz idę się relaksować i wymoczyć stópki przeglądając nowego InStyle, którego dzisiaj też przyniósł listonosz i zajrzeć w końcu do grudniowego Twojego Stylu.

Miłego wieczoru!

dzień (tydzień?!) paszteta

  • 20

www.galeria.glitery.pl


Nie miałam zamiaru dodawać dzisiaj notki, bo próbuję się uczyć paskudnej łaciny, ale jakoś czuję potrzebę, żeby trochę postękać.
Kończy się właśnie jeden z gorszych tygodni ostatnio. Niby powinno być fajnie, bo praktycznie wolne na uczelni, ale tak się źle strasznie czuję, że masakra.
Nie dość, że zrobiła się nam późna brzydka jesień, to dopadł mnie znowu dzień paszteta, a właściwie nie dzień, a cały tydzień. Cała jestem ble, fu i w dodatku  jem strasznie dużo z tego powodu, co ostatecznie oczywiście potęguje całą sprawę. 


No i niestety, musiałam się dziś pogodzić z myślą, że nie potrafię żyć zbyt długo bez zakupów i chodzenia na obcasach.
Od razu czuję się strasznie zaniedbana, nieatrakcyjna, taka niewyraźna i niefajna.
Ale nie mogło mi być lepiej, bo raz, że jestem spłukana, a wszystkie moje cudotwórcze specyfiki, które sprawiają, że jestem wypielęgnowana, się praktycznie pokończyły, a dwa nie mogę ubrać obcasów, bo moje zimowe butki, czekają aż tato naprawi im fleki.
 I tak człapałam cały tydzień w płaskich kozakach i smarowałam się tym, co miałam, objadając się i ubolewając nad tym, jaka jestem brzydka.
 rozumiecie, prawda?

Ale do czego zmierzam, otóż tak się składa, że w przyszłym tygodniu mam imieniny, a to wiąże się z jakimś przypływem gotówki. No i stało się, już teraz. No i co? Od razu mi się polepszyło! Wizja poniedziałkowych zakupów jest tak wspaniała, że wszystkie deklinacje od razu zaczęły mi wchodzić do głowy. Moja buzia od razu się wygładziła, gdy mózg przedstawił wizualizację listy zakupów. Od razu zaczęło mi się chcieć ćwiczyć, odłożyłam na bok ulubione cukierki abc.
Jednak jestem najłatwiejszą w obsłudze kobietą na świecie.

GDY MI SMUTNO GDY MI ŹLE
NA ZAKUPY WYŚLIJ MNIE!

Można mówić, że to głupie stereotypy itd, ale mi to naprawdę pomaga. Chociaż w sumie może nie tyle pomaga, co zapobiega- po prostu nie można sobie robić zbyt długiej przerwy. Oczywiście trzeba to robić z umiarem, a jakże ;)
W poniedziałek zatem czeka mnie bardzo przyjemny dzień. Żeby się popsuł, musiałabym się załamać z powodu braku pasujących spodni (które zamierzam kupić) i kompletnie zawalonego rano, przed zakupami, kolokwium. Chcąc ograniczyć możliwe spektrum pecha uciekam więc do kucia :)

Miłego weekendu Dziewczyny i dobrego samopoczucia! Wszystkie jesteśmy piękne i sexy!

konkurs rossman- rozwiązanie problemu!

  • 10

Nie wiem, czy pamiętacie, ale jakiś czas temu marudziłam Wam, że Rossman nie chce mi dać mojego wygranego tuszu! (tu)
 I oto dzisiaj, jakieś półtora miesiąca po pierwszej wizycie w drogerii w celu odebrania colossala, dostałam maila od redakcji:

Szanowna Pani/Szanowny Panie,

Informujemy, że nagrodę z tego konkursu wyślemy na podany przez Panią/Pana w formularzu zgłoszeniowym adres korespondencyjny. Nagroda zostanie wysłana w przyszłym tygodniu listem poleconym. Przewidujemy, że nagroda powinna dotrzeć do Pani/Pana do końca listopada 2011 r. 

Pozdrawiamy,

Redakcja Rossnet.pl


Tak więc, jak łatwo się domyślić, za jakieś dwa tygodnie znowu będę Was męczyć recenzją tuszu :D
Ukochane moje tusze <3


Ale co muszę powiedzieć o tym konkursie.
No nazmyślałam się różnych głupot przeokropnie, żeby wymyślić jakąś cwaną odpowiedź na pytanie, z czym kojarzy mi się kocia zmysłowość. I, jak widać, całkiem nieźle mi poszło.


 Sama nie miałam ochoty kupować tego tuszu, bo nie mam zaufania do mejbelina, no ale jak można dostać za darmo, skoro były wakacje i takie takie, to co mi szkodzi, siadłam napisałam.


Przyszedł radosny dzień ogłoszenia wyników, przekładany kilkakrotnie.  Jest moje nazwisko! Hurra!
Konkurs jak konkurs, każdy czasem lubi wygrać, zwłaszcza, że od tego momentu zaczęła się moja dobra passa do konkursów.
Patrzę czytam, że kosmetyk będzie do odebrania dnia tego i tego, na początku października, w wybranej przeze mnie wcześniej drogerii.

Jako fanatyczka jeśli chodzi o tusze, nie mogłam się doczekać. Nadszedł ten piękny dzień, dreptam sobie w swoich szpilkach nude po nieprzyjaznych wrocławskich chodnikach, wchodzę do rossmana, a tam nikt nie wie, o co chodzi i żeby przyjśc pod koniec tygodnia, bo to będzie po dostawie.
No to przyszłam, dalej nic. Pani uprzejmie dała mi numer do tego oddziału, co by dzwonić i się dowiadywać.
Jakoś się nigdy do tego nie zebrałam, ale któregoś dnia przechodziłam w okolicy, myślę sobie- wejdę spytam.
Odesłano mnie do pani kierowniczki, która bardzo się przejęła, spisała moje wszelkie dane, obiecała, że się wszystkiego dowie i zadzwoni z tłumaczeniem, dlaczego to wszystko nie zadziałało i jak to zostanie rozwiązane.

Oczywiście żadnego telefonu nie miałam do tej pory.
Jakoś olałam trochę tę sprawę, odłożyłam do czasu większych zakupów kosmetycznych, ot po prostu przy okazji zapytam. Zakupy owe planowałam na jutro. A tu sprawdzam pocztę i jest mail!
Także po niemal dwóch miesiącach dostanę w swoje żądne łapska wygraną.
Nawet się trochę cieszę :D
Dobrze, że rossnet.pl nie robi już takich fajnych kolorowych konkursów, jak kiedyś, bo nie mam ochoty się w to bawić.

Amen, dobrej nocy :)

ogólnopielęgnacyjny cudak- oliwka Ziaja

Dzień dobry Dziewczęta :)
Bardzo lubię ciągłe świętowanie Uniwersytetu Wrocławskiego i dziwne zmiany dni tygodnia, które serwuje studentom :) Dzisiaj mamy więc piątek, jutro też, a co za tym idzie, szczęśliwym trafem, dwa dni wolnego. 
Wyspana i zrelaksowana chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć o kosmetyku, który bierze bardzo czynny udział w pielęgnacji mojego ciała i włosów. Wybitnie wręcz czynny, ponieważ znalazłam dla niego zastosowanie w 4 dziedzinach :) Mowa o produkcie naszej kochanej polskiej Ziai. Zapraszam!

ZIAJA, LIPOCELL, OLIWKA DO MASAŻU Z KOMPLEKSEM ANTYCELLULIT

Z tego, co zauważyłam na stronie internetowej Ziai, moja wersja odżywki jest już niedostępna. Nie wiem, czy obecna jest jej odpowiednikiem zapakowanym tylko w inną butelkę, więc nie będę ryzykować i dodawać tutaj opisu producenta.
O nowej wersji przeczytacie tutaj: oliwka antycellulitowa.






OPAKOWANIE: prosta butelka, w ładnym pastelowym kolorze, uwielbiam opakowania z pompką, są niezwykle praktyczne, nic się nie brudzi, nie chlapie, można zaaplikować taką ilość kosmetyku, jakiej potrzebujemy. Za to ogromny plus dla Ziai, no i butelka jest ogromna! Zapas na długi czas.
ZAPACH: niezwykle delikatny. W zasadzie go nie czuć, ale jak się człowiek wwącha, to spotka się z nieco słodyczowym zapachem, trudnym do zdefiniowania, ale bardzo przyjemnym.
KONSYSTENCJA: oliwka, ciężko stwierdzić jakieś bardziej oczywiste fakty, na plus na pewno, że jak na taki kosmetyk dość szybko się wchłania, zwłaszcza podczas intensywnego masażu.
KOLOR: przezroczysty, czasem da się gdzieś zauważyć jakąś żółtość ;)
EFEKTY: no i tutaj mogę się rozpisać nad wspaniałością tejże oliwki :) Jak wspomniałam wyżej, w moim przypadku ten kosmetyk ma aż 4 pola działania i myślę, że opiszę ją właśnie w takim podziale.
Po pierwsze więc, zacznijmy od góry: WŁOSY: o jej zastosowaniu wspomniałam ostatnio w poście na temat mojej pielęgnacji włosów (tutaj).

Jakiś czas temu, czytając wciąż Wasze opowieści na temat olejowania włosów, chwyciłam co miałam pod ręką i wysmarowałam włosy. Później sobie pomyślałam, że kurczę, trochę to nierozsądne, bo to przecież nie jest taka zwykła oliwka. ale co tam, ryzyk, fizyk, aż tak źle pewnie nie będzie. Ale jak się okazało- jest super! Zaczęłam jej używać częściej, kiedy tylko mam na to czas. Wcieram ją we włosy, które potem zwijam w luźny koczek i tak sobie z tym funkcjonuję do wieczora. Ze zmywaniem jej nie ma żadnych problemów, a włosy po wyschnięciu są miękkie i widocznie grubsze. Mimo wszystko zażyczyłam sobie u Lubego na imieniny olej Amla i niedługo się na niego przerzucę. Fakt jednak są takie, że warto było zaryzykować, bo moje włosy już  w tym momencie dzięki tej oliwce wyglądają dużo lepiej :)

Po drugie: produkt świetnie sprawdza się jako rozrzedzacz i wzbogacenie peelingu kawowego. Dodaję oliwkę do sparzonych fusów kawy (jestem zwolenniczką tej wersji tego peelingu, drobinki są nieco grubsze, co bardzo lubię). Maź stosuję na suchą skórę, dzięki temu jest bardziej wygładzona, a zawartość oliwki od razu ją nawilża. Efekt wygładzenia i miękkości jest jeszcze lepszy niż po klasycznym zastosowaniu kawy, która, swoją drogą i tak jest najlepszym peelingiem ever wg mnie :)

Po trzecie: ostatnimi czasy zaczęłam stosować oliwkę jako balsam, na niemal całe ciało. Klasyczne masło już dawno mi się skończyło i postanowiłam wypróbować oliwienie. Efekty są bardzo przyjemne. Skóra jest mięciutka i dużo dłużej nawilżona, zwłaszcza na łydkach i kolanach, które są u mnie chyba najszybciej się przesuszajacymi częściami ciała. Bardzo lubię wetrzeć ją w siebie po porządnym peelingu i chodzić nago jakiś czas, robiąc sto rzeczy, aż do  czasu, kiedy się nieco wchłonie, po czym okryć się ciepłym szlafrokiem. Gładka skóra to jeden z moich priorytetów, więc jestem na tak.

Po czwarte: ostatnie już i takie, jakie przewiduje producent, czyli masaż. Jak już pewnie nie raz wspominałam, mój Mężczyzna co jakiś czas urządza mi wielce bolący masaż antycellulitowy, uda i pupa. Podobnież oliwka ta ma wspomagać walkę z tym świństwem. Czy tak jest? Trudno powiedzieć, wiadomo przecież nie od dziś, że nic nie zadziała lepiej na skórkę pomarańczową niż jej solidne wymasowania. Konsystencja oliwki oczywiście temu sprzyja i to chyba najważniejsze, ponieważ niejako wymusza na nas masowanie newralgicznych części ciała. Ja osobiście mam zamiar wygładzić nieco te partie i w wakacje wystąpić  w końcu w bikini, więc dalej będę jojczyć Marcinowi, żeby mnie masował :)



Poj. 500 ml
Cena: ok. 14 zł

OGÓLNA OCENA: 5/5

No nie ma nic chyba lepszego niż produkt, który można tak wszechstronnie stosować. Nie zawsze jest tak, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Poza tym to dobry sposób na to, żeby szybciej skończyć kosmetyk, jeśli ktoś ma z tym problem :)
a Wy macie jakiś kosmetyk, któremu znalazłyście szersze zastosowanie niż to, które proponuje producent? 

ciasto- boisko piłkarskie ;)

  • 17
Ponieważ 11 listopada to nie tylko Dzień Niepodległości, ale i imieniny Marcina, oczywiście przygotowałam dla mojego Chłopaka niewielki prezent ;)
Ponieważ jest On ogromnym kibicem piłki nożnej, ze wskazaniem na wielkiego , oddanego fana Legii Warszawa, postanowiłam zrobić ciasto- boisko.
Dorobiłam bramki, chorągiewki w rogach i całą pierwszą drużynę Legii.
Niestety producent zielonego lukru nieco mnie oszukał, objętość opakowania okazała się łudząca i zamiast zielonej murawy piłkarze dostali wydeptane kartoflisko ;)
Ale myślę, że i tak nie wyszło źle. Zdjęcia są niestety fatalnej jakości, ale cóż. ;)










moja pielęgnacja włosów

  • 20
Wpis dość popularny ostatnimi czasy.
Ja już robiłam podobny jakiś czas temu, ale sporo się zmieniło od tego czasu, więc pomyślałam, że taka powtórka nie jest złym pomysłem.
W poprzednim poście na temat moich włosów (TUTAJ) pokazałam Wam, jak moje włosy wyglądają na co dzień, nieco wystylizowane, nawilżone i nabłyszczone jedwabiem, ogólnie "zrobione".
Ale od jakiegoś czasu porzuciłam całkowicie papiloty, wałki rzepowe i te sprawy.
Po umyciu, odżywkach i ich samoistnym wyschnięciu zwijam je po prostu w luźny koczek i idę spać.
Efektów nie ma takich, jak wtedy, ale liczę na to, że również rezygnacja z tego typu zabiegów pozwoli mi je szybciej zregenerować.

Dzisiaj chciałam Wam pokazać, jak moje włosy wyglądają po prostu tylko umyte i po odżywce do spłukiwania, bez użycia suszarki i wygładzaczy.


Na zdjęciu doskonale widać, jak końcowe partie są przesuszone. I to właśnie chcę wyeliminować.
Od jakiegoś czasu kilka razy w tygodniu, właściwie kiedy tylko mogę, nakładam na włosy olejek rycynowy albo oliwkę... antycellulitową, bo taką obecnie mam w domu ;D
W tym momencie też siedzę z obtłuszczonymi włosami. Ale ale, zamówiłam już sobie u Chłopaka w ramach prezentu imieninowego olej amla. I z tego, co udało mi się dzisiaj dowiedzieć, jest już kupiony i niedługo dostanę go w łapki ;)


Poza tym zaczęłam pić pokrzywę, od czasu do czasu robię też płukanki.
Wiem, że skuteczne i popularne są również drożdże, ale tego praktykować nie mam zamiaru, bo nie po to robię sobie talię, żeby coś mi miało wzdąć brzuch, mniej lub bardziej przez przypadek.
Jako suplement łykam SkrzypoVitę Gęste Włosy.


Co się zaś tyczy  pielęgnacji typowo kosmetycznej:

SZAMPONY


Pieśni pochwalne na temat szamponu radical pisałam już tutaj . Moje zdanie na jego temat się nie zmieniło, wciąż go polecam.
Drugim szamponem, którego używam, jest produkt Joanny, z biosiarką i bursztynem. Śmierdzi przy aplikacji strasznie, ale potem na włosach pachnie już normalnie, kosmetycznie. Zmywa olej z włosów jeszcze lepiej niż radical i używam go właśnie po olejowaniu, szersza recenzja na pewno się niedługo pojawi.

ODŻYWIENIE


Nie chciałam tej części nazwać "odżywki" albo "maski", bo jedynym tego produktem, którego ostatnio używam, jest wosk beauty formulas (recenzja). Używam go właściwie codziennie, więc służy mi za odżywkę.
Do intensywniejszej pielęgnacji używam wspomnianych wyżej- olejku rycynowego i oliwki firmy Ziaja. Bałam się, ze ta oliwka jakoś niekorzystnie zadziała na włosy, bo jednak ma różne składniki, które teoretycznie mają pomagać w walce z cellulitem. Nic złego się jednak nie dzieje, wręcz przeciwnie, bardzo sobie chwalę. Zresztą jest świetna nie tylko w tej dziedzinie, a o jej wszechstronności wspomnę w osobnym poście.
Olejku nikomu nie trzeba chyba przedstawiać, istny cudotwórca ;)
Jedwabiu używam na tę przesuszoną część jako dodatkowego nawilżacza. Często stosuję go na włosy chwilę przed zwinięciem w koczek i pójściem spać i z tego względu umieściłam go razem z kosmetykami pielęgnacyjnymi, a nie stylizującymi. (recenzja).

STYLIZACJA


Wyżej wspomniałam, że obecnie nie stylizuję swoich włosów. Jednak pozwoliłam sobie zgarnąć te trzy produkty, ponieważ jest tu jeden kosmetyk godny polecenia i dwa kompletne buble.
Cudakiem jest puder do stylizacji Schwarzkopf got2be. Opisany przez ogromną ilość bloggerek, jednym przypadł do gustu bardziej, innym mniej. Ja , mimo wszelkich obiekcji, jestem w tej pierwszej grupie, używałam go sporo, w tej chwili już nie, ale jeszcze na jakiś czas wystarczy. (recenzja).
Czas na buble. Pierwszy to opisywany już przeze mnie jedwab w spray'u. No tragedia i porażka  w jednym. Wysuszał jeszcze bardziej włosy, a miał przecież nawilżać i odżywiać. Zostało mi prawie całe opakowanie i nie mam pojęcia, co z nim zrobić. (recenzja)
Drugi nieudany zakup to pianka do włosów Taft, która miała podkreślać skręt włosów, a jedyne, co robiła to sklejała włosy w strąki, fuj fuj fuj. Odradzam, nie polecam.

Nie mam za dużo tych kosmetyków, ale dzięki temu nie mam problemów z kończeniem, jeden się kończy, kupuję następny ;)
Mam zamiar trzymać się twardo tego olejowania, trzymajcie kciuki za moje włosy, bo nie chcę ich ścinać :(

A tym państwu mówię papa!


tag: atqa pyta o kosmetyczne NAJ

W ten dość wczesny niedzielny poranek chciałabym się z Wami podzielić moją odpowiedzią na tagowy pomysł ATQI.
Chciałabym również, jak przykazała pomysłodawczyni zachęcić do udziału, te z Was, które jeszcze nie brały w nim udziału, bo pomysł jest naprawdę fajny!

TAG: Atqa pyta o kosmetycznej naj


Najliczniej reprezentowane w mojej skromnej kolekcji są czerwone lakiery do paznokci. Nie jestem totalną fanatyczką pod względem lakierów, ale wiadomo chyba, że tego zawsze uzbiera się najwięcej. Rozmaite firmy, wielkości i oczywiście odcienie. Jestem absolutnie wierna klasyce, czerwień i jej pochodne w moich oczach wyglądają najlepiej na dłoniach. Od czasu do czasu zdarza mi się sięgnąć w mniej standardowy kolor, ale czerwieni nigdy za wiele :)

Najczęściej odkupywany przeze mnie kosmetyk... olejek rycynowy. Jestem mu wierna od bardzo dawna i stopniowo zwiększam tez pole jego działania. Najpierw były rzęsy i brwi, później włosy, a obecnie stosuję go również na twarz. Nie w mieszance do OCM, po prostu smaruję nim niedoskonałe partie mojej twarzy. Efekty są rewelacyjne i bardzo bym chciała podziękować Ani za to, że mi taką radę dała.
Drugim kosmetykiem, bez którego nie potrafię żyć jest jedwab do włosów z Joanny. Moje włosy są bardzo humorzaste, a ten niebiański płyn sprawia, że wyglądają dobrze i są pod ciągłym ostrzałem komplementów :) 

Najwygodniejsze opakowanie. Opakowania z pompką w każdej możliwej postaci. Ciężko jest wybrać jeden, ale ze względu na miejsce stosowania wskażę płyn do higieny intymnej z Ziai. Pod prysznicem nikomu nie chce się bawić i trudzić w otwieranie mocno zatrzaśniętych opakowań. Zwłaszcza mając namydlone czy zwyczajnie mokre ręce. Ten płyn jest jedyną butelką z pompką, jaką mam na półeczkach pod prysznicem i jest przez to bardzo praktyczny. Stoi sobie, spokojnie można nacisnąć i problemie- kosmetyk ląduje na dłoni. 

Najdroższe kosmetyki w moim zbiorze to oczywiście perfumy, choć w zasadzie nigdy nie kupowałam ich sama, więc chyba trochę się nie liczy :D Mój portfel pustoszeje najszybciej, kiedy kupuję nieco droższy tusz do rzęs. Nie, nie kupuję tych najwyższopółkowych, ogólnie w kwestii zakupów kosmetycznych nie wychodzę poza ramy rossmanna, natury czy superpharmu. Nie lubię mieć mało kupionych rzeczy za dużo wydanych pieniędzy, zwłaszcza, że mam świadomość, że spokojnie można znaleźć świetne kosmetyki za naprawdę niewielkie pieniądze i tego się trzymam. Także najdroższe rzeczy, jakie kupiłam to tusze L'Oreal czy Max Factor, a w kwestii pielęgnacji była to maska antycellulitowa Tołpy (nad której ceną ubolewam, bo jedno opakowanie starcza na dosłownie trzy użycia, a efekty były genialne).

Najtańsze kosmetyki to oczywiście lakiery i chyba nikogo to nie dziwi.

Najrzadziej używany to eyeliner- rzadko rzadko, dla wielu z Was to podstawa makijażu, dla mnie urozmaicenie raz na jakiś czas; konturówka do ust- mam, ale nie używam, jakoś po prostu nie widzę potrzeby. Chyba też dlatego, że nie podoba mi się efekt, zwłaszcza, że używam matowych szminek z manhattanu, a przy dokładnym obrysowaniu ust i pokryciu warg taką szminką, na twarzy robi mi się taka kolorowa plama i jakoś nie wzbudza to we mnie pozytywnych wrażeń estetycznych.

Najdziwniejszy kosmetyk, jaki dotąd miałam, to wspomniana wyżej maska antycellulitowa Tołpy. Maź, w prawie czarnym kolorze, o dość specyficznym zapachu, dodatkowo brudząca wszystko dookoła. Nie zmienia to jednak faktu, że w okresie, kiedy ją te parę razy zastosowałam, moja skóra na udach i pośladkach była w absolutnie najlepszym stanie. Wiadomo, ze cellulit został, nie ma cudów, ale skóra była tak jędrna, że czasem wydawała się nieprzyjemna w dotyku. Ale zastosowanie zaraz potem dobrego nawilżacza sprawiało, że stawała się miękka i bardzo gładziutka, a o cellulicie zapominałam.

Najbardziej uczulająca okazała się dla mnie woda utleniona w żelu. W którymś z wakacyjnych  numerów InStyla przeczytałam, że smarowanie nią twarzy pomaga pozbyć się wyprysków. No to smarowałam, a moja cera pokryła się krostkami, i to również w miejscach, gdzie nie miałam problemów i na które jej nie stosowałam.

Najgorzej pachnący był dla mnie któryś z kremów Siquens (chyba tak się to pisze), którego próbki dostałam i używałam przez jakiś czas. No po prostu śmierdział. Nie jestem ani wybredna, ani jakoś wrażliwa na zapachy i ta kwestia mi zazwyczaj nie przeszkadza, ale to było straszne! Nie wiem, może trafiłam na jakieś ferelne próbki, ale jeśli ten krem ogólnie tak pachnie to współczuję użytkowniczkom.

Natomiast najładniej... pomarańczowa i czekoladowa seria kosmetyków z Ziai, uwielbiam! Do tego jeszcze moje ostatnie odkrycie, czyli serum na końcówki z Joanny, boski, przepyszny. No i Hugo Boss Selection mojego Chłopaka.

Najbrzydsze opakowanie kosmetyku trudno mi wybrać. Przede wszystkim nie lubię tandety. A to niestety często jest spotykane, nierzadko w przypadku świetnych kosmetyków, którym w zasadzie takie opakowanie szkodzi, bo odstrasza od zakupu. 
Najładniejsze: lubię opakowania tuszów do rzęs i szminek. Tutaj wygrywa opakowanie L'Oreal Million Lashes (tak się nazywał ten tusz? ;)) w złotej wersji i tusz, którego używam obecnie, czyli BOOM! Astora. Z bardziej kolorowych podobały mi się tusze Virtual. Jeśli chodzi o szminki to lubię lakierowaną czerń Manhattan Intense Red i srebrną pomadkę z The Body Shop.

Najmniej lubiana czynność to oczywiście golenie nóg. Robię to tylko, kiedy już naprawdę bardzo muszę, albo palę się ze wstydu przed Chłopakiem ;p
Najbardziej lubiana to szeroko rozumiana pielęgnacja ciała. Kocham to! Peelingi, maseczki, wcieranie balsamów, oliwek, to uczucie gładkości, miękkości, zadbania. Lubię zrobić sobie takie domowe spa i nie robić nic poza "dbaniem o siebie" ;)

Najlepszy makijażowy gadżet to zwyczajna zalotka. Pięknie podkreśla moje rzęsy. Niestety, jest to nieco inwazyjny sposób i ostatnio robię rzęsom przerwę.

W makijażu największą uwagę poświęcam rzęsom, o czym nie raz już Wam marudziłam. A że muszą być idealnie rozdzielone, a że bez grudek, a że długie, a ze nie "korzonkowe". No i to wszystko prawda, spędzam przez lustrem ogromną ilość czasu przygotowując rzęsy do wyjścia i ten rytuał to zdecydowanie Największy pożeracz czasu. Mimo, że rzęsy naturalne mam super, to poświęcam im ze trzy razy więcej czasu niż cerze, która jest bardzo problematyczna i to w zasadzie ona powinna mnie najbardziej zajmować.

Największy problem to podkłady. Atqa pisała tu o swej bladolicości. Moim problemem z kolei jest to, że należę do tej grupy, która mimo ciemniejszego odcienia skóry na całym ciele, błyskawicznie blednie na twarzy. Normalnie można powiedzieć, że mam ciemną karnację, ale cerę iście bladą. Ciężko mi dobrać odpowiedni kolor podkładu tak, żeby dobrze wyglądał na skórze twarzy i jednocześnie nie odznaczał się od szyi i dekoltu. Zwłaszcza, że większość kosmetyków ma nieco różową pigmentację, a moja skóra brązowo- żółtą. Nie trafiłam jeszcze na podkład, który byłby absolutnie idealny. Dodatkowo jestem posiadaczką cery mieszanej, z dużą dawką niedoskonałości, więc chciałabym, żeby podkład również matował i miał niezłe krycie. Poszukiwania w toku, mimo, że obecny podkład Catrice jest całkiem ok. Mam dziwne przeczucie, że niestety nie potrwa to długo.

Moim największym kosmetycznym utrapieniem są, czyli zaczynamy wyliczankę: wypryski, wągry i cellulit. Walczę z tym wszystkim odkąd pamiętam. Obecnie cera się poprawia (pamiętacie mój apel ostatnio?), wypryski znikają, ale za to zwiększa się ilość wągrów. Cellulit jest masowany przez mojego Chłopaka, w najbliższym czasie wracam też do typowych kosmetyków antycellulitowych (do tej pory działałam jedynie oliwką antycellulitową), kupuję masażer i bańki chińskie. Mam nadzieję, że da to widoczne efekty i w przyszłe wakacje wskoczę w strój kąpielowy ;)

Tym pozytywnym akcentem kończę i jeszcze raz zapraszam Was do udziału :)

zoom na kreskę- eyeliner lovely

  • 6
Witam Drogie Panie w słoneczną sobotę ;)
Grzebię grzebię dziś po blogach, patrzę, Sophie Czerymoja wrzuciła posta z porównaniem eyelinerów. No i mi się przypomniało, że dawno nie było posta powtórkowego, a na takiej zasadzie planowałam zrecenzować swój eyeliner!
Słońce świeci pięknie, myślę sobie, trzeba robić zdjęcia, nie marnować takiej pogody! Liner w rękę, do lustra, machnęłam jakąś kreskę i do zdjęć.
Także wybaczcie jej niedoskonałość i tak dalej, ale wszystko robione na prędce, bo lekko niezaplanowane :)
Poza tym nie jestem mistrzynią kresek, ponieważ bardzo rzadko je maluję, zazwyczaj jest to zamiennik kolorowych ust, a że ze szminki rezygnuję tylko wtedy, kiedy moja cera  wygląda tragicznie, zbyt często się to nie zdarza.
W dodatku nie potrafię malować kresek tak, jak jest to nakazane, czyli na siedząco, z opartymi na stole łokciami czy coś. No za chiny tego tak nie zrobię. Muszę normalnie stać przed lustrem, z rękami zawieszonymi w powietrzu.
Kolejnym argumentem "przeciwko" kresce na mojej powiece niech będzie to, że uwielbiam swoje rzęsy i wolę, kiedy to one graja pierwsze skrzypce w makijażu oka. :) I jakby tego było mało to często mi przeszkadzają w malowaniu kreski, bo włażą na "ścieżkę" i im też się "obrywa" ;)
Mój Chłopak również jakoś sceptycznie podchodzi do eyelinera.
To by było chyba na tyle tłumaczeń, czas na recenzję i zdjęcia  :)

LOVELY, EYELINER




Producent:
(ponieważ marka Lovely podlega pod Wibo, podobnie jak ich strona, znalazłam jedynie opis linera Wibo. Trochę dziwne, że na stronie Lovely jest ten, który leży na półce Wibo, ale cóż.)

Nowość! Nowa formuła long lasting, wyjątkowo głęboki odcień czerni. Szybko wysycha i łatwo się aplikuje, dzięki specjalnemu pędzelkowi.







OPAKOWANIE: dosłownie kieszonkowe. Bardzo małe i w zasadzie trochę nieporęczne, bo trudno je postawić na przykład w pionie. Choć z drugiej strony nic się nie dzieje, jeśli się je zostawi odkręcone w pozycji hm... horyzontalnej :)
Ale poza tym jest bardzo wygodne w użyciu.
KOLOR: rzeczywiście bardzo ładna czerń, choć nie wywołuje u mnie jakichś zachwytów. Być może wynika to z tego, że nie mam tej łatwości w malowaniu i nie potrafię wykorzystać w pełni zalet tego linera.
KONSYSTENCJA: kosmetyk jest  płynny, przez co dość płynnie można nim robić kreski (jeśli się umie oczywiście, ja nie potrafię utrzymać równego nacisku i tego samego kąta i wszystko mi się babrze, ale co tam :D) Mimo to bardzo szybko schnie i nie odbija się w żadnym niepożądanym miejscu.
ZAPACH: właściwie niewyczuwalny i trzeba się dobrze wwąchać, żeby wyczuć, że nie jest to ładny zapach. No ale po co tak na siłę szukać dziury?
PĘDZELEK: cienki i bardzo mięciutki, choć jak dla mnie mogłoby się na niego nabierać mniej tuszu. Żeby wszystko mi pasowało, muszę obetrzeć go o brzeg opakowania, żeby ściągnąć nadmiar. Nie lubię zbyt dużej ilości, ponieważ nie robię grubych kresek, staram się, żeby były jak najcieńsze, choć na potrzeby dzisiejszego posta i tak wyszła mi dość gruba, i długa przede wszystkim, bo zaczynam zazwyczaj mniej więcej od połowy powieki i podkreślam tylko zewnętrzny kącik oka, żeby dodać mu nieco kociowatości ;) i zmienić trochę kształt oka, na bardziej podłużny.
EFEKTY: to mój pierwszy i jak na razie jedyny eyeliner. Nie zanosi się, żebym go w najbliższym czasie skończyła, ale kusi mnie żeby zakupić liner w pisaku, myślę, że takim dużo łatwiej by mi się malowało. No ale musiałabym się zdecydować, czy będę malować częściej kreski czy nie :D nie lubię, kiedy kosmetyki leżą nieużywane.
Tak czy inaczej, jako kompletna amatorka, muszę powiedzieć, ze ten produkt mi się podoba, nie jest zbyt wymagający i myślę, że każda z Nas jakoś by sobie poradziła z namalowaniem nim kreski. U mnie bywa różnie- zależy od tego, jaki mam dzień:) co nie zmienia faktu, iż pochłania mi to lwią część porannego czasu przeznaczonego na makijaż i w zasadzie kreskę muszę planować dzień wcześniej, żeby nastawić sobie budzik na wcześniejszą godzinę ;p
Ale jeśli już kreska wyląduje na powiece, to bez problemu wytrzymuje cały dzień, bez poprawek. Nic się nie maże, nie rozciera, nie znika. Kreska jest taka sama od rana do wieczora i o to chodzi. Jeden punkt odejmuję za nadmiar tuszu na pędzelku i brak ekstremalnej czerni.




Z tuszem Big & Beautiful BOOM! Astor (jedna warstwa)




Poj. 2,5 g
Cena: niecałe 10 zł, w zasadzie trochę ponad 5.

OGÓLNA OCENA: 4/5

Tak to więc wygląda na moim oku. A jak wyglądają Wasze doświadczenia z eyelinerami? :D


Obserwują