Cześć Dziewczyny :)
Jutro ten mój jeden jedyny egzamin w tej sesji, więc dzisiaj tylko jedna szybka notka i zaraz wracam do wielkiego porządkowania i ogarniania notatek, a Wy jutro trzymajcie kciuki, żeby ten zapowiadany banał się sprawdził ;)
Wczoraj napisałam Wam o mojej przygodzie z calcium pantothenicum, a dzisiaj słów kilka o innym wynalazku- wodzie utlenionej w żelu i jej buziowym działaniu.
Dawno temu wspomniałam tu o moim niezbyt udanym pierwszym podejściu, ale jako że ten wpis nie istnieje postanowiłam napisać o tym jeszcze raz, zwłaszcza, że dużo się zmieniło.
O tym, że woda utleniona może mieć bardzo dobry wpływ na cerę przeczytałam już dawno dawno temu na którymś portalu internetowym. Zainteresowało mnie to, ale jakoś wyleciało mi ostatecznie z głowy. Później w wakacje w którymś z numerów InStyle'a znowu pojawiło się coś na ten temat.
Radzono, iż w przypadku problemów z cerą warto zafundować jej taką podwójną nocną kurację właśnie wodą utlenioną, ale w żelu.
Pełna pozytywnych myśli kupiłam sobie taką małą tubeczkę i posmarowałam na noc całą twarz- tak właśnie, całą, jak głosiła rada.
Zdawałoby się, że woda utleniona nic złego człowiekowi nie może zrobić. A tu niestety- uczulenie. Całą twarz usiały mi małe krostki :(
Pryszczom oczywiście żadna krzywda się nie stała.
Peroxygel rzuciłam w kąt.
Po kilku miesiącach postanowiłam wrócić do tego specyfiku, ale w nieco inny sposób.
Nie mam cery trądzikowej, jedynie skłonną do wyprysków, ot po prostu jeden, dwa pryszcze gdzieś na brodzie od czasu do czasu, więc po co mam smarować całą twarz. Zaczęłam nakładać trochę tego żelu bezpośrednio na wypryski na noc.
I co?
Od razu lepiej! Nie są to może żadne czary- mary, ale zauważyłam, że skutecznie skraca długość życia pryszcza.
Peroxygel zastosowany odpowiednio szybko, np. kiedy zaczynam czuć, że coś będzie rosło, sprawia, że ten syfek jednak się nie pojawia- albo znika, albo zatrzymuje się w tym początkowym stadium, owszem, nie znika jakoś od razu, ale przede wszystkim się nie rozwija.
Nie wiem jak Wy, ale ja nienawidzę, kiedy pryszcz staje się tą białą okropną dupką taką z tym świństwem w środku. To strasznie obleśne jakieś jest i za nic sobie mam zakaz wyciskania- nie będę chodzić z takim czymś i już. I tutaj też doskonale sprawdza się ten żel. Stosowany równocześnie z jakimś mocnym nawilżaczem, skutecznie i szybko goi rankę pozostawiając jedynie zaczerwienie.
Peroxygel 3,0 jest dostępny w aptece i kosztuje trochę ponad 5 zł. Fakt, jest niewielkich rozmiarów, ale jest wydajny- no bo ileż to trzeba żeby nałożyć na pryszcza.
Producent mówi, że w temp. poniżej 20 st. C. i powyżej 45 zmienia się w ciecz, ale ja się z tym nie spotkałam.
Lekko wysusza naskórek, dlatego napisałam, żeby stosować go razem z dobrym kremem nawilżającym-krem, na to przed snem żel. Ślady znikają szybko.
Nie jest to nic spektakularnego, ale jeśli macie problem z jakimiś wypryskami, to myślę, że za te 5- 6 zł można sobie sprawić takiego małego wspomagacza ;)
Jutro ten mój jeden jedyny egzamin w tej sesji, więc dzisiaj tylko jedna szybka notka i zaraz wracam do wielkiego porządkowania i ogarniania notatek, a Wy jutro trzymajcie kciuki, żeby ten zapowiadany banał się sprawdził ;)
Wczoraj napisałam Wam o mojej przygodzie z calcium pantothenicum, a dzisiaj słów kilka o innym wynalazku- wodzie utlenionej w żelu i jej buziowym działaniu.
Dawno temu wspomniałam tu o moim niezbyt udanym pierwszym podejściu, ale jako że ten wpis nie istnieje postanowiłam napisać o tym jeszcze raz, zwłaszcza, że dużo się zmieniło.
O tym, że woda utleniona może mieć bardzo dobry wpływ na cerę przeczytałam już dawno dawno temu na którymś portalu internetowym. Zainteresowało mnie to, ale jakoś wyleciało mi ostatecznie z głowy. Później w wakacje w którymś z numerów InStyle'a znowu pojawiło się coś na ten temat.
Radzono, iż w przypadku problemów z cerą warto zafundować jej taką podwójną nocną kurację właśnie wodą utlenioną, ale w żelu.
Pełna pozytywnych myśli kupiłam sobie taką małą tubeczkę i posmarowałam na noc całą twarz- tak właśnie, całą, jak głosiła rada.
Zdawałoby się, że woda utleniona nic złego człowiekowi nie może zrobić. A tu niestety- uczulenie. Całą twarz usiały mi małe krostki :(
Pryszczom oczywiście żadna krzywda się nie stała.
Peroxygel rzuciłam w kąt.
Po kilku miesiącach postanowiłam wrócić do tego specyfiku, ale w nieco inny sposób.
Nie mam cery trądzikowej, jedynie skłonną do wyprysków, ot po prostu jeden, dwa pryszcze gdzieś na brodzie od czasu do czasu, więc po co mam smarować całą twarz. Zaczęłam nakładać trochę tego żelu bezpośrednio na wypryski na noc.
I co?
Od razu lepiej! Nie są to może żadne czary- mary, ale zauważyłam, że skutecznie skraca długość życia pryszcza.
Peroxygel zastosowany odpowiednio szybko, np. kiedy zaczynam czuć, że coś będzie rosło, sprawia, że ten syfek jednak się nie pojawia- albo znika, albo zatrzymuje się w tym początkowym stadium, owszem, nie znika jakoś od razu, ale przede wszystkim się nie rozwija.
Nie wiem jak Wy, ale ja nienawidzę, kiedy pryszcz staje się tą białą okropną dupką taką z tym świństwem w środku. To strasznie obleśne jakieś jest i za nic sobie mam zakaz wyciskania- nie będę chodzić z takim czymś i już. I tutaj też doskonale sprawdza się ten żel. Stosowany równocześnie z jakimś mocnym nawilżaczem, skutecznie i szybko goi rankę pozostawiając jedynie zaczerwienie.
Peroxygel 3,0 jest dostępny w aptece i kosztuje trochę ponad 5 zł. Fakt, jest niewielkich rozmiarów, ale jest wydajny- no bo ileż to trzeba żeby nałożyć na pryszcza.
Producent mówi, że w temp. poniżej 20 st. C. i powyżej 45 zmienia się w ciecz, ale ja się z tym nie spotkałam.
Lekko wysusza naskórek, dlatego napisałam, żeby stosować go razem z dobrym kremem nawilżającym-krem, na to przed snem żel. Ślady znikają szybko.
Nie jest to nic spektakularnego, ale jeśli macie problem z jakimiś wypryskami, to myślę, że za te 5- 6 zł można sobie sprawić takiego małego wspomagacza ;)











.jpg)




























.jpg)





