Włosy, cera, rzęsy- czas na Biostyminę

  • 15
W poście włosowym wspominałam, że mam zamiar wrócić do klasycznej i najbardziej skutecznej w moim przypadku kuracji wzmacniającej Joanny z rzepowej serii oraz Calcium Pantothenicum.
"Niestety" tego samego dnia chyba niezastąpiona Alina puściła w świat informację o dobroczynnym działaniu na włosy i cerę Biostyminy. Musiałam wejść do apteki i kupić....


Biostymina to po prostu wyciąg ze świeżych liści aloesu. (jeśli macie jakieś problemy z aloesem, typu pieczenie, alergia- uważajcie, albo odpuśćcie sobie te eksperymenty).
Normalnie zalecana jest jako środek poprawiający odporność oraz lek na infekcje górnych dróg oddechowych i przeznaczony jest do stosowania doustnego.

W pudełeczku znajdziemy 10 ampułek, w każdej z nich 1 ml płynu.
Jest to dość mało, więc kupiłam kurację Joanny, podzielę ją na dwie części i do każdej dodam zawartość 4 ampułek.
Pozostałe dwie chciałabym przeznaczyć do miejscowego stosowania na cerę i... rzęsy. Niestety znowu mam problem ze strasznym wypadaniem włosków znad prawego oka. Mimo że rzadko je ostatnio maluję. 
Mam duże prześwity i chciałabym spróbować również tutaj zastosować, jakoś bardzo delikatnie, Biostyminę. Zawartość ampułek przeleję do pojemniczka po płynnej karatynie.
Mam nadzieję, że lekarze mają rację polecając ją w tego typu przypadkach :)


Biostyminę kupicie w aptekach. Moja kosztowała 16 zł.

PS.
Wiele z Was pytało w komentarzach pod ostatnim postem, gdzie kupiłam wyciąg z zielonej herbaty.
Niestety nie mam pojęcia skąd jest, bo go dostałam, ale postaram się jak najszybciej dowiedzieć!
/już wiem! internetowy sklep "twoje zdrowe kosmetyki" ;) /

Sprzymierzeniec mojej cery- wyciąg z zielonej herbaty

  • 25
O tym, że olejek herbaciany dobrze każdej twarzy robi wiadomo.
Podchodziłam do zakupu i podchodziłam, ale nigdy nic  z tego nie wyszło.
W moje ręce wpadł za to wyciąg z zielonej herbaty. Niewiele myśląc zaczęłam nim smarować niedoskonałe obszary swojej facjaty.
I okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.
Wyciąg ma lekko brązowawy kolor, ale absolutnie nie zostawia śladów na twarzy. Zapach też ma bardzo delikatny, lekko ziołowy, ale prawie niewyczuwalny. Szybko się wchłania, nie pozostawia żadnej lepkiej czy tłustej warstwy na skórze.

Moje cera zareagowała w zasadzie od razu. Już dawno przez tak długi czas nie miałam wzmożonych problemów z cerą. Skończyły się mniejsze i większe wypryski, skóra jest widocznie gładsza.


I nie ma w tym nic dziwnego, gdyż wyciąg z zielonej herbaty jest polecany w pielęgnacji cery tłustej, zanieczyszczonej, trądzikowej.

Świetnie sprawdzi się również przy cerze naczynkowej, ponieważ ją wzmocni :)
Regeneruje, hamuje rozwój stanów zapalnych, tonizuje, łagodzi podrażnienia słoneczne.
Nawilża, normalizuje działanie gruczołów łojowych.
Zielona herbata to częsty składnik suplementów odchudzających czy kremów antycellulitowych.
Ale na cerę też w sam raz :)

/edit: do kupienia w sklepie twoje zdrowe kosmetyki/

Lniany glutek na włosy

  • 11
Z naturalnych sposobów nawilżania, które ostatnimi czasy krążyły na blogach, wypróbowałam laminowanie żelatyną i gotowanie siemienia lnianego.
O żelatynie pisać miałam, ale w sumie nie mam ochoty. Tyle już zostało powiedziane w tej sprawie, a ja i tak nie jestem zadowolona. Zabawa była dla mnie nieprzyjemna i nie dawała efektów. Bez względu na to,  z czym tę żelatynę rozrabiałam.
Dużo lepkiego paćkania, które z włosami nie zrobiło mi nic, na jakiś czas zniechęciło mnie do domowych robótek.
Ale siemię ostatecznie mnie skusiło. I nie żałuję, że siedziałam nad tym garem i gotowałam nasionka ;)


Siemię znam dobrze od bardzo dawna. Mając ogromne problemy z drogami oddechowymi musiałam wypijać lnianą miksturę. Bo o tym, że siemię ma fantastyczne działanie, wiadomo- regeneruje, osłania, zawiera kwasy tłuszczowe z grupy omega 3, błonnik, witaminę E, cynk, flawanoidy, lecytynę i fitoestrogeny. 
Warto je dodawać chociażby do owsianki ;)


Sporządzenie glutka nawilżającego włosy (jak i cerę) jest bardzo proste. 
Wrzucam 2 łyżki siemienia do szklanki gotującej się wody i tak gotuję na małym ogniu co jakiś czas mieszając dopóki woda nie zacznie się barwić na brązowo i gęstnieć.
Kiedy robi się żel, wystarczy przecedzić przez sitko i gotowe.
Ja nakładam glutka solo, ale oczywiście można go wymieszać z jakąś prostą odżywką i trzymać w cieple.

Po zmyciu włosy są wygładzone, miękkie i miłe w dotyku aż po same końce :)

Włosy w październiku, czyli bez olejowania

  • 39
Za mną kolejny miesiąc pielęgnacji. Nie miał on jednak zbyt wiele wspólnego z poprzednimi miesiącami, ponieważ ani razu nie naolejowałam włosów.
Nie miałam na to czasu. Uciekły mi gdzieś te wolne weekendy, kiedy mogłam sobie na to pozwolić.
Do tego podniosłam nieco ilość silikonów ze względu na wzmożone noszenie przeze mnie swetrów i grubego szalika.
Z drugiej jednak strony ostatnie dwa tygodnie upłynęły mi pod znakiem ciągle związanych w luźnego koka włosów.

Mimo braku oleju na głowie (oby nie zabrakło go wewnątrz ;p) i większej ilości silikonów, włosy mi się nie przesuszyły.
Dbałam o to, aby dokładnie wszystko z nich zmywać, do odżywek i masek dodawałam glicerynę w płynie, stosowałam żelka z siemienia lnianego (lubię bardzo!).

Włosy są przede wszystkim  lśniące, bardzo mi się to w nich podoba, nawet, kiedy mają gorszy dzień ich powierzchnia ładnie odbija światło.
Wypadają trochę bardziej niż standardowo, ale nie ma już takiej tragedii jak dwa miesiące temu.
Są gładkie, chłodne w dotyku i miękkie.
Niestety jeśli chodzi o przyrost, to chyba zatrzymały się w miejscu.
Konieczne będzie jednak w najbliższym czasie przycięcie końcówek.

Tak to włosy wyglądają w tym miesiącu.
Biorąc pod uwagę dość leniwą pielęgnację, są w dobrym stanie.
Żałuję tylko, że nie rosną. Chyba czas wrócić do Calcium Pantothenicum i wcierkę Joanny...
Chciałabym, żeby włosy choć trochę zbliżyły się do długości sprzed ścięcia.

SZAMPON: płyn do higieny intymnej Intimelle z aloesem, Gliss Kur Ultimate Volume z płynnym kolagenem i keratyną
ODŻYWKA: Balea mleczno- morelowa do włosów suchych i zniszczonych, błyskawiczna odżywka w sprayu Gliss Kur Ultimate Volume, odżywka w piance Gliss Kur Ultimate Volume, odżywka do spłukiwania Ultimate Volume
MASKA: fluid keratynowy Artego, Pilomax Express Wax maska do włosów zniszczonych
WCIERKA: kuracja do włosów z komórkami macierzystymi Revitacell
INNE: Eliksir Gliss Kur, glutek z siemienia lnianego, gliceryna w płynie

Muszę się zmobilizować do bardziej intensywnej pielęgnacji. Jakby nie patrzeć, za miesiąc roczne podsumowanie ;)

Fioletowa seria z płynnym kolagenem Gliss Kur

  • 22
Jakiś czas temu w ramach współpracy, otrzymałam zestaw kosmetyków Gliss Kur.
Muszę przyznać, że swego czasu były to moje ulubione kosmetyki do włosów. Świetnie wygładzały i zmiękczały moje włosy. No ale potem zaczęło się blogowanie, porzucenie silikonów i ogólna zmiana pielęgnacji.
Z biegiem czasu musiałam jednak przyznać sama przed sobą, ze kompletny brak silikonów nie służy moim włosom i mała dawka jest im potrzebna. Włączyłam je więc do pielęgnacji. Z tą jednak różnicą, że teraz już wiem, jak robić to rozsądnie i tak, żeby włosom nie szkodziły.
W dodatku nadszedł czas, kiedy właściwie nie ruszam się z domu bez mojego szalo- komina, do tego kurtka i włosy są bardziej narażone na zniszczenia. Warto je więc zabezpieczyć.
Niemniej, kiedy ustalałam szczegóły współpracy nie omieszkałam wspomnieć, że zależy mi na tym, żeby tych silikonów w składzie było jak najmniej. 
Tym sposobem kurier przywiózł mi 4 kosmetyki z fioletowej serii Gliss Kur z płynną keratyną.

Ta czwórka to kosmetyki z serii Ultimate Volume przeznaczonej dla cienkich, płaskich i zniszczonych włosów: szampon, odżywka do spłukiwania, ekspresowa odżywka w spray'u i odżywka w piance.

Opakowania szamponu i odżywki głoszą, że w zawartości nie ma silikonów. Tego jeszcze nie sprawdzałam, ale przy okazji recenzji na pewno dam znać, jak to wygląda. Poza morskim kolagenem znajdziemy również płynną keratynę.


Nowa formuła z upłynnionym kolagenem morskim dodaje objętości i regeneruje włosy bez obciążania.
Pierwszy Gliss Kur dla widocznie większej objętości. Przeznaczony dla włosów cienkich, płaskich i zniszczonych.
  • Długotrwała objętość, bez silikonów

    Nowy Gliss Kur ULTIMATE VOLUME regeneruje cienkie włosy i zapewnia większą odporność. Dla zauważalnie większej objętości, bez silikonów.
    Temat tej serii jest dość obszerny. W zasadzie jestem zadowolona z tych kosmetyków, ale o tym w poszczególnych recenzjach.

    No i tutaj oczywiście pytanie do Was. Czym jesteście zainteresowane najbardziej? Co na pierwszy ogień?
    No i jak wygląda obecnie Wasze podejście do tych kosmetyków? Porzuciłyście już całkowicie takie preparaty?

Morelowo- mleczna odżywka Balea

  • 16
Opinia o tym produkcie zmieniała mi się po każdym użyciu. Raz byłam zadowolona, innym razem... szkoda gadać.
Teraz czytając opinię Agusiaka na jej temat mam wrażenie, że mam zupełnie inną odżywkę...

BALEA odżywka do włosów suchych i zniszczonych

OPAKOWANIE: typ opakowania dobrze nam znany chociażby z produktów Isany. I w zasadzie niemal identyczny, różni się etykietą i kolorystyką. Do stawiania na zamknięciu.
KOLOR: biały
ZAPACH: intensywny, słodyczowy. Coś jakby jogurt brzoskwiniowy, albo lody o tym smaku. Długo utrzymuje się na włosach.
KONSYSTENCJA: tutaj na przykład Aga napisała, że odzywka jest rzadka i przelewa się przez palce. Absolutnie nie mogę tego potwierdzić :D Konsystencja jest w sam raz, u mnie nic się nie przelewa, nie ma gęstości maski (bo przecież nią nie jest), ale nie jest wodnista i nie spływa z włosów. No i przede wszystkim się nie pieni, o czym pisała Aga ;)

EFEKTY: Po pierwszym użyciu byłam trochę rozczarowana. Odżywka nie zrobiła z włosami nic specjalnego. Ani nie były szczególnie wygładzone, ani mięsiste, ani nawilżone. W sumie na końcach nawet suchawe. Ale ale!
Wszystko się zmienia, kiedy podgrzewam ją trochę suszarką i spłukuję zimną wodą (znaczy zawsze osttanie płukanie robię zimną wodą ;). 
Wtedy działa jak należy. Włosy są mięciutkie, sypkie i wygładzone. O suchości nie ma mowy. Aktualnie, jeśli się decyduję na jej użycie, nie robię tego w inny sposób.

Zagranico Balea jest dostępna jak wiadomo w drogeriach DM i kosztuje niecałego eurasa.
Ale w PL też utraficie. Jeśli jesteście z Wrocławia, to jest kilka takich miejsc, w których dostaniecie te kosmetyki. Asortyment różny, w zależności od miejsca KLIK
Ja za tę zapłaciłam 6,50 zł.

OGÓLNA OCENA: 4/5

Złoto w szmince. Estee Lauder Pure Color


Szminki, które możecie tutaj u mnie zobaczyć, to bezsprzecznie głównie kolory mocne, soczyste i intensywne. Zazwyczaj w dodatku czerwienie.
Tak na dobrą sprawę sama nie kupuję po prostu innych. Jeśli coś nieczerwonego trafia  w moje ręce, nie mam na to żadnego wpływu :)
Tak właśnie jest ze szminką Estee Lauder , którą Wam dzisiaj pokażę.
Choć tutaj wyrażenie "żadnego wpływu" powinnam zmienić na "szczęście", ponieważ ten kosmetyk wchodził w skład zestawu, który miałam szczęście wygrać w rozdaniu organizowanym przez Agatę na fanpage'u BeautyIcon. 





ESTEE LAUDER LONG LASTING LIPSTICK ROUGE
PURE COLOR NR 86 TIGER EYE SHIMMER

Szminka ma cudowną konsystencję. Aksamitną, gładką, idealnie sunie po wargach. Pozostawia na ustach złotą powłokę.
Nie musimy się jednak obawiać masy złotych drobinek, które będą rozbłyskiwać w słońcu tak, jak im się podoba. Warstwa jest bardzo jednolita i błyszczy jakby równocześnie. Nic też nie wędruje po twarzy.
Jeśli chodzi o właściwości jest naprawdę cudowna. Nic nie zbiera się w załamaniach, wszędzie rozkłada się równomiernie.
Złota poświata zamknięta jest w lekko brązowej, nudziakowej bazie, która nie zmienia znacząco koloru ust.




Bałam się, że takie złoto będzie na ustach wyglądać trochę tandetnie, ale jest naprawdę świetnej jakości i kiedy na usta nie pada czyste słoneczne światło, wygląda bardzo hmm szlachetnie? :)




W promieniach słońca traci nieco na uroku, ale do tandety jej daleko.

Jeśli wszystkie szminki Estee Lauder są takiej jakości, to chcę więcej :)

A Wam podobają się tego typu mazidła? 

Serum pod oczy Clinique Even Better Eyes Dark Circle Corrector

  • 14
Czyli krótko o tym, co to jest.
W postach, o których o nim wzmiankowałam wzbudzał zainteresowanie, więc pomyślałam, że Wam tego przyjemniaczka przybliżę, bo kosmetyk to ciekawy.



Eyes Dark Circle Corrector – nowy kosmetyk od Clinique o wyjątkowo lekkiej formule, natychmiast redukujący ciemne cienie pod oczami. 
Wygodny aplikator z końcówką chłodzącą wzmacnia zmęczone oczy, a masaż podczas nakładania stymuluje mikrocyrkulację komórek. Chłodzi, odświeża i uspokaja. Korektor nie zawiera żadnych olejków, dzięki czemu stanowi idealną bazę pod makijaż. Nadaje się do każdego typu skóry, także wrażliwej. Testowany alergologicznie.
  • Rodzaj skóry: skóra normalna
  • Działanie: nawilżające, orzeźwiające
Kosmetyk to nowość marki Clinique. Zamknięty w tubce z metalową końcówką z dziurką.
Na początku, bez czytania ulotki, myślałam, że to zwykły korektor. Bo i kolor jest mylący. Serum jest napigmentowane.
Po rozsmarowaniu kolor znika błyskawicznie, ale okolice oczu są widocznie rozświetlone.
Nie mam takich klasycznych cieni pod oczami. U mnie tego typu zjawiska wynikają z tego, że mam bardzo ciemną oprawę oka i cieniutką skórę, przez którą prześwitują wszelkie możliwe żyłki.

Kosmetyk ma rzeczywiście bardzo leciutką konsystencję i fajnie się rozsmarowuje. Przez jakiś czas jest lekko mokrawy na skórze, ale kiedy się wchłonie pozostawia na skórze pudrową powłoczkę, bardzo przyjemną w dotyku, bardzo delikatną. Zawiera też minidrobinki, które odpowiadają za rozświetlenie.
No i masaż chłodną metalową końcówką oczywiście fantastyczny :)



Czy działa?
Powiem Wam za jakieś 2-3 tygodnie :)

Tusz do rzęs Hean Black Elixir


Dzisiaj o jednym z moich tuszowych ulubieńców.

Nie chcę już mówić, że jest najlepszy, bo znając życie niedługo zmienię zdanie. Nie jest też idealny, ale takiego to ja chyba nigdy nie znajdę :)

HEAN BLACK ELIXIR

OPAKOWANIE: tusz zamknięty jest w sporej tubie, utrzymanej w czarno- fioletowej stylistyce. Jest matowe, co bardzo mi się podoba i naprawdę porządne. Szczoteczka jest silikonowa, gęsto najeżona średniej długości kolcami.
KOLOR: bardzo ładna, mocna czerń.
ZAPACH: delikatny, tuszowy.
KONSYSTENCJA: tusz początkowo (w sierpniu) był mokry. Ja tam lubię mokre, ale obecnie nieco już zgęstniał. Niemniej uważam, że wciąż ma świetną konsystencję. Dość szybko zasycha. Raczej nie sprawia problemów, jeśli chodzi o wytwórczość grudek.

EFEKTY: przede wszystkim świetnie rozdziela rzęsy. A na to mi zależy chyba najbardziej. Mam ich dużo i często, kiedy widzę jak użycie tuszu zmniejsza wizualnie ich ilość, to szlag mnie trafia :D
Hean nie jest idealny, skleja mi pojedyncze rzęsy, ale nie robi tego w nachalny sposób. Przy gęstych rzęsach nie da się chyba uniknąć tego, że włoski lubią łączyć się w pary ;)
Do tego tusz całkiem ładnie pogrubia rzęsy i trochę wydłuża.
Ogólnie- sprawia, że są bardziej wyraziste, a jest to działanie, o które mi chodzi. Niestety powoli zaczyna się już osypywać pod koniec dnia, ale myślę, że ponad dwa miesiące bez osypywania, to i tak w porządku :)








Moje rzęsy ostatnio strzelają fochy, jeśli chodzi o tuszowanie, więc zdjęcia nie wyszły idealnie, ale naprawdę z czystym sumieniem polecam ten tusz, jeśli lubicie silikonowe szczoteczki :)
Jest tani jak barszcz, a jakościowo naprawdę daje radę. I wiem, że to nie tylko moje zdanie :)

Poj./Cena: 11ml/11 zł

Ogólna ocena: 5/5

Rubinowe usta. Szminka idealna od Hean

  • 66
Seria szminek City Fashion od tej pory jest chyba moją ulubioną z tych, które są w zasięgu mojego portfela.
Byłam zachwycona fioletową śliwką, a teraz mam okazję używać nieziemskiej czerwieni.
Kolor jest niesamowity, a właściwości idealne, jak za tak niską cenę.

HEAN CITY FASHION LONG WEAR LIPSTICK NR 157 PAPRIKA

Czym mnie tak uwodzi ta seria?
Po pierwsze: konsystencja. Szminka jest aksamitna, gładka, ale nie mokra i kremowa. Zostawia na ustach satynową warstwę koloru, o bardzo delikatnym połysku. Czasem wydaje się wręcz, że jest matowa.

Po drugie: kolor i krycie. Intensywne i na maxa! Jedno pociągnięcie i usta cieszą pełnią koloru

Po trzecie: super trwałość. Naprawdę trzyma się ust niesamowicie. Spokojnie można jeść, kolor nie schodzi z ust. Nawet M. był zszokowany tym, że moje usta po spożyciu solidnej buły były niemal nieruszone :) Poza tym szminka ładnie schodzi (kiedy już musi;) i nie zbiera się w załamaniach.


jedno pociągnięcie!



Dacie wiarę, że to cudo kosztuje 11 złotych?

Ja jestem naprawdę zakochana w jakości tych szminek. Dają niesamowity efekt, a zachowują się na ustach jak mazidła Chanel. Bardzo żałuję, że nie mam łatwego dostępu do tej serii.

Wrocławianki, da się je gdzieś kupić stacjonarnie? Widziałyście gdzieś?

Wyniki mini konkursu

  • 13
Co by nie przeciągać- mam już dla Was wyniki małego konkursu, w którym można było wygrać kosmetyki dla suchej skóry AA.
Biorąc pod uwagę bardzo konkretne nagrody, jak również ich niewielką ilość i krótki czas, jestem zbudowana tym, że zgłosiło się 87 osób :)

Z przyjemnością więc ogłaszam, że zwycieżczynią zostaje...
Brain For Sale :)


Już wysłałam do Ciebie maila, czekam na dane do wysyłki.

Bardzo Wam dziękuję za udział :)

Otwarcie nowego salonu Marks & Spencer we Wrocławiu


W pewien wtorkowy mocno deszczowy poranek poczłapałam wraz z Magdą na otwarcie nowego sklepu marki Marks & Spencer we Wrocławiu, na które miałam zaszczyt być zaproszona.
Cóż takiego specjalnego jest w tym sklepie, że zasłużył na huczne otwarcie  z balonami, dj'em, specjalnymi gośćmi i szampanem?
Pozwolę sobie zacytować fragment zaproszenia:

W nowym wrocławskim sklepie Marks & Spencer będzie pełen wybór kolekcji modowych M&S - moda damska, męska, dziecięca, a także szalenie popularna na całym świecie - bielizna oraz ekologiczne (nie testowane na zwierzętach) kosmetyki
Znajdą się tam także sławne już w Polsce delikatesy, a także druga w Polsce piekarnia, wypiekająca przez cały dzień świeże ciasteczka i bułeczki wg angielskich receptur M&S. (Pierwsza piekarnia M&S w Polsce została otwarta 2 lata temu we flagowym sklepie M&S w Warszawie, przy ul. Marszałkowskiej i cieszy się ogromną sympatią mieszkańców stolicy. )
Marks & Spencer otwiera swój najnowszy sklep w samym centrum starego miasta, w zabytkowym budynku, w którym przed wojną mieścił się jeden z najpopularniejszych domów towarowych Wrocławia. Pod wieloma względami będzie to sklep dla M&S wyjątkowy: jeden z największych, co pozwoli na pełną ekspozycję dostępnej w naszym kraju oferty, a także - pierwszy sklep w naszym kraju, całościowo zrealizowany według najnowszego konceptu sprzedażowego M&S, jeden z pierwszych takich sklepów na świecie.

Sklep Marks & Spencer obecny jest we Wrocławiu już dobrych kilka lat (Galeria Handlowa Arkady), więc zarówno oferta modowa jak i słynne delikatesy były już wrocławianom dobrze znane. No ale piekarni tośmy nie mieli, więc było co świętować :D

Delikatesy Marks &Spencer odwiedzałam często, przyznaję się bez bicia. Zarówno smaki, jak i same opakowania kusiły mnie zawsze bardzo. Jeśli chodzi o część odzieżową- nie do końca mnie przekonywała. Na manekinach, na widoku, wisiały zazwyczaj rzeczy, które średnio mnie interesowały, ale nowa kolekcja jest całkiem spoko, w oko wpadła mi sukienka i żakiet. No ale cóż, ceny już nie na moją kieszeń ;p

W związku z otwarciem zorganizowano liczne promocje, a 100 pierwszych klientów, którzy zrobili zakupy obdarowano upominkami. Ja na zakupy się nie wybrałam (coś na delikatesach i tak wpadły mi w łapy pralinki z karmelem, takie w czerwonym opakowaniu- idealne, polecam!), ale Magda poczyniła spore zakupy, za co "podziękowano" jej kosmetykami.
Ja jako osoba zaproszona dostałam specjalny upominek, delikatesowy :D Wino, masło orzechowe (mają naprawdę najlepsze na świecie), lekkie muesli, herbatę i ciastka. Oczywiście wszystko by M&S.
Uwielbiam opakowania herbat. Kolorowe pudełeczka nie nadają się do wyrzucenia. Aż się proszą, żeby znaleźć im drugie przeznaczenie.

Ponieważ równo o godzinie 9, wraz z otwarciem sprzedaż w sklepie ruszyła pełną parą, panował niestety lekki chaos, skutkiem czego na przykład zostałam na początku okrzyczana za robienie zdjęć.
Na szczęście wszystko się wyjaśniło.

Jeśli chodzi o takich super specjalnych gości, to spotkać można było znaną blogerkę Kasię i aktorkę Magdę Schejbal.





zdjęcia: ja i Marks & Spencer Polska
Żałuję, że nie zebrała się reprezentacja blogerek urodowych, bo wrocławscy przedstawiciele tej modowej części blogosfery przybyli sporą, dobrze znaną grupą i bawili się razem świetnie. Wraz z Wro Street Fashion zorganizowano bowiem konkurs na stylizacje.
Nowy sklep znajduje się przy ulicy Oławskiej 11. Wrocławianki, byłyście już? :)

ostatni dzień rozdania

  • 0
Dziewczyny, przypominam o małym rozdaniu dla suchoskórnych, dzisiaj o północy zakończenie.

KLIK

KONKURS ZAKOŃCZONY

Koralowa szminka Pierre Rene. Dużo koloru. Dużo zdjęć.

  • 44
Dużo wszystkiego, bo to klasyczny przykład szminki- kameleona, która wygląda inaczej w zależności od światła.
Od ciemnego różu, przez pastel, neon, po soczystą oranżową czerwień.

PIERRE RENE NATURAL NR 14 CORAL POP



Szminka ma dość mokrą, błyszczykową konsystencję, co akurat nie bardzo mi odpowiada, bo nie kryje ust od razu. Trzeba też uważać, żeby nie zaczęła się zbierać w zmarszczkach na wargach.
Jednak wolę mazidła o bardziej aksamitnej konsystencji, zdecydowanie coś w rodzaju Chanel albo serii City Fashion od Hean.



No ale kolor ma cudowny. Zresztą na nic innego nigdy nie patrzę. Trwałością nie grzeszy, ale lekko neonowy róż, mocno kontrastujący ze skórą, bardzo mi się spodobał!








Neonowatości akurat nie udało mi się uchwycić, nie mam sprzętu ku temu, no ale trochę razi, choć uważam, że przy ciemniejszej karnacji wygląda bosko ;)

Cena: 15 zł

Mam na oku jeszcze marchewkową czerwień z Pierre Rene, ale z innej serii. No i lakier do ust ma ładną czerwień, ale gdzieś chyba czytałam mało pochlebną recenzję...

Krem zamykający pory od Sephory

Rozwarte na ogromną szerokość pory to moja zmora. Próbowałam różnych zwężaczy, mniej i bardziej naturalnych. No i nic. Z każdym tego typu specyfikiem wiążę wielkie nadzieje i równie mocno się zawodzę. Nie inaczej było tym razem.

SEPHORA PORE REFINING SERUM KREM ZAMYKAJĄCY PORY


Producent:
jest to tak nowa nowość, że nie ma o niej ani słowa na stronie Sephory, więc spróbuję Wam z grubsza przytoczyć, co ten specyfik ma zdziałać:

- po pierwszej aplikacji- 81% kobiet stwierdziło, że ich skóra jest gładsza, 77% że zmatowiona
- po 7 dniach- 74% zauważyło redukcję, co do "otwarcia" porów, 77% że skóra wygląda na delikatniejszą, 77% poprawę kolorytu skóry
- po 28 dniach- widoczne zmniejszenie rozmiaru porów o 20%

Krem nie zawiera parabenów, ogólnie rzecz biorąc ma buzię wygładzić, zmatowić i widocznie zredukować pory (już po 7 dniach!)

(źródło: opakowanie)

OPAKOWANIE: tubka, do postawienia na zakrętce. Końcówka zakończona jest gąbką, którą to właśnie miziamy buzię. Przed użyciem należy przekręcić końcówkę z "off" na "on", lekko ścisnąć całość, co by zwilżyć kremem gąbkę i szorujemy strefę T. W opakowaniu dostajemy zapasową końcówkę do wymiany.
KOLOR: przezroczysto- białawy.
ZAPACH: całkiem intensywny, trochę chemiczny, ale całkiem przyjemny.
KONSYSTENCJA: lekkio żelowy kremik, trochę się lepi zaraz po nałożeniu, trzeba chwilę odczekać aż się wchłonie. Ale potem się nie roluje ani nic z tych rzeczy. Krem nie ściąga skóry, nie wysusza.



EFEKTY: serum należy nakładać rano i wieczorem przed kremem, co też robiłam dzielnie i systematycznie od ponad miesiąca. Patrząc na obietnice producenta już dawno powinnam odnotować efekty "kuracji".
Niestety poza wygładzeniem cery zaraz po aplikacji (w dotyku) nie zauważyłam nic. Ani zmatowienia, ani wyrównania kolorytu, ani tym bardziej zmniejszenia, domknięcia porów. Jest tak, jak było, żadnych zmian. Może to powinnam uznać na plus? Że nie jest gorzej niż było? Mniejsze i większe kraterki. Czyżby jedynym ratunkiem dla mojej cery rzeczywiście były kwasy? :/

Poj.:/Cena: 40ml/ 69 zł 

OGÓLNA OCENA: 1/5 (fajnie się sprawuje pod makijażem)

No nic, będę go jeszcze używać, bo przecież nie wyrzucę, to mizianie gąbką weszło mi już w nawyk, ale nie spodziewam się nagłej zmiany sytuacji...

Dziewczyny, co Wam pomogło?

Błyszczyk. Supertrwały i przepyszny!

  • 31
Sto razy już chyba w komentarzach wypisywałam, że eeeeeee ja to błyszczyków nie lubię. Że szminki to są najlepsze na świecie.
Chcąc nie chcąc jednak jakieś tam błyszczyki, różnymi drogami, do mnie trafiły. Powoli zbiera się ich coraz więcej, a ja coraz więcej ich używam. 
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że błyszczyk, o którym dzisiaj będzie, jest niesamowity. I chcę jakieś inne kolory!

PHILOSOPHY CANDY HEARTS ASK ME VANILLA BIRTHDAY CAKE FLAVORED LIP SHINE



Błyszczyk nie posiada aplikatora żadnego, ani pędzelka ani gąbeczki, bo to taki zwykły wyciskacz.
Ale za to jak pachnie! Ale za to jak smakuje! Jest taki słodki jak najprawdziwsze ciasto rzeczywiście! 
I co jest w nim najlepsze- jest niemal niezniszczalny! 
No bo jak tak człowiek liźnie tej słodyczy, to już nie może się przestać oblizywać. Producent wyszedł więc temu naprzeciw i sprawił, że ten błyszczyk jest niezlizywalny :D
Można jeździć jęzorem po warach, a one nie dość, że cały czas się błyszczą, to jeszcze cały czas są słodziutkie! Jakby posmarować usta warstwą miodu.

Nie wiem, co ten błyszczyk w sobie ma, ale tworzy na ustach taką powłoczkę, która wżera się w wargi i nie puszcza! Są na maxa wygładzone.

Błyszczyk zawiera w sobie drobny brokacik. Widać go, nie ma co ukrywać, iskierki błyskają na prawo i na lewo, ale nie jest to wielki brokacior, który czujemy na ustach. No i do tego mamy piękną taflę. Ona wprawdzie zaczyna znikać pod wpływem zlizywania, ale wciąż na ustach mamy piękny połysk.





No lubię go, nie będę ściemniać. Mimo że się lepi. No ale ciężko się nie lepić mając w sobie tyle cukru :D
Poza tym... za taką trwałość no to wiecie...

Znacie te błyszczyki, da się to kupić u nas stacjonarnie? Bo ja chcę jakiś inny smak jeszcze!

Obserwują