Wishlista- naszyjniki na bogato

  • 17
"Biżuteria" to w moim przypadku bardzo szumne określenie. Na co dzień noszę na zmianę srebrny łańcuszek z wisiorkiem w kształcie serco- klucza z Apartu  i małą, ciemną kulkę wysadzaną różnymi ciupkimi cykorniami na krótkimi łańcuszku z Yes. Na dłoniach tylko obrączka.

Nie oznacza to, że biżuterii nie lubię. Po prostu zawsze znajduje się gdzieś na końcu listy pt. "Chcę", a do tego końca ciężko dotrzeć...

Wpadłam na fb na zdjęcie House Of Mima i przepadłam. Uwielbiam wielkie, ogromniaste naszyjniki. Jeden pokaźny akcent i wsio. Ubieram się bardzo prosto i w bardzo neutralnych barwach, więc takie dodatki są dla mnie idealne.
 Zwłaszcza te od ♥♥♥ House Of Mima ♥♥♥ (już Wam kiedyś o nich opowiadałam, moja miłość się nie zmniejszyła jak widać)





Na jutrzejszy wieczór- idealne!

Terapia rewitalizująca z olejkiem arganowym Marc Anthony

Dzisiaj o małej buteleczce, która bije na głowę wszystkie jedwabie i sera na końcówki. Dużo lepiej sprawdza się też niż klasyczne oleje w roli zabezpieczenia. Ostatnio co chwila pojawiają się jej recenzje, ale absolutnie nie zniechęca mnie to do tego, żeby podzielić się z Wami moimi westchnieniami :)

MARC ANTHONY OIL OF MOROCCO terapia rewitalizująca z marokańskim olejkiem arganowym

Producent:

Lekka formuła o silnie rewitalizującym działaniu do wszystkich rodzajów włosów. Wzbogacona olejkiem arganowym, keratyną, witaminą E oraz oliwą z oliwek. Wnika głęboko w strukturę włosów, nawilża je i wzmacnia. Przywraca blask i chroni przed puszeniem.
Cena 45,99 zł, 50 ml




OPAKOWANIE: terapię kupujemy w niebieskim kartoniku, utrzymanym w estetyce całej tej serii. Biorąc pod uwagę, że jego wielkość nijak ma się do gabarytów buteleczki (nie wypełnia nawet połowy opakowania) możemy być pewni, że jest to pokaźny ułamek z całej ceny. Sama buteleczka jest z przyciemnianego plastiku, ładnie wyprofilowana i z pompką! Rurka sięga samego dna, więc nic nam się na koniec nie zmarnuje. Bardzo łatwo dozuje się płyn ze środka.
KOLOR: przezroczysty bursztyn wpadający w pomarańcz.
ZAPACH: chemiczny, ale świeży. Ciężko mi opisać, co przywodzi na myśl, ale bardzo mi się podoba. Podobnie pachnie szampon. Na plus!
KONSYSTENCJA: i tu jest to, co sprawia, że ta terapia jest tak wyjątkowa- lekkość! Ta formuła naprawdę nie przypomina gęstych jedwabiów, a i efekty dzięki temu wyglądają zupełnie inaczej. Płyn jest bardzo śliski, idealnie rozprowadza się na włosach, przez co jest niesamowicie wydajny. Jedna kropla to zdecydowanie za dużo na same końcówki! Nakładając terapię na całą długość włosów zużywam tylko dwie krople.

EFEKTY: fantastyczna sprawa. Ultraleciutka formuła sprawia, że włosy w sekundę są niesamowicie wygładzone i wręcz rozmiękczone. Pięknie lśnią, a do tego utrzymują fantastyczną objętość! 
Jedwabie sprawiają, że włosy wyglądają na cięższe i może bardziej mięsiste, ale w moim przypadku często sprawiały, że włosów było optycznie mniej. W tym momencie mogę pożegnać ten nieprzyjemny efekt. Włosy są gładkie, ale leciutkie i nie napuszone, ale końcówki wyglądają grubo i bardzo zdrowo i tak hmmm porządnie. 
Terapię należy nakładać na całą długość wilgotnych włosów po umyciu lub większą ilość na noc (coś jakby delikatne olejowanie). Na ten drugi sposób szczerze mówiąc trochę mi szkoda, zwłaszcza, że i tak myję włosy wieczorem, Zdecydowanie wybieram opcję klasycznego olejowania w weekendy. Tego cudaka zaś obieram sobie jako najlepsze zabezpieczenie końcówek i stylizator rozpuszczonych włosów.

Skład:
Cyclopentasiloxane, Dimethicone, Cyclohexasiloxane, Argania spinosa kernel oil, Linum usitatissimum seed oil, Isodecyl neopentanoate, Daucus carota sativa seed oil, Olea europaea fruit oil, Keratin, Parfum, Paraffinum liquidum, Tocopheryl acetate, Butirospermum parkii, D&C Red 17 (CI 26100)

Osobiście uzależniłam się od tej terapii. W ogóle ostatnio używam głównie tej serii przygotowując się do recenzji, ale to zdecydowanie jedna z najlepszych rzeczy, na jakie trafiłam. Tylko kurcze drogie to, ale w sumie biorąc pod uwagę super wydajność...

OGÓLNA OCENA: 5!/5

Kosmetyk kupicie w Rossmannie, Hebe, sklepie panakotasklep.pl i podobnież w Tesco :)

P.S. Próbuję ogarnąć podsumowanie grudnia w kwestii włosów, ale za cholerę mi zdjęcia nie wychodzą :/

Rozliczenie z noworocznych postanowień

  • 12
W zeszłym roku po blogosferze krążył TAG, w którym trzeba było się zobowiązać do pewnych 5 kosmetycznych (urodowych) rzeczy. W sumie nie wiem, czy o tym myślałam w ciągu roku, raczej odeszło to w zapomnienie, ale z ciekawości postanowiłam sprawdzić, co z tego wyszło.

Pierwszą rzeczą, jaką sobie obiecałam, to pozbycie się cellulitu. Niestety jest chyba gorzej, niż było rok temu. Miałam genialny okres w wakacje, kiedy dużo ćwiczyłam i trzymałam się zdrowej diety. Niestety wraz z mała kontuzją wszystko poszło się... kochać i w tym momencie jest strasznie. Nie lubię tego bardzo, ale ciężko mi ostatnio do czegokolwiek się zmobilizować. Na wiosnę miałam przygodę z bańkami, ale brak efektów mimo regularnego stosowania, mocno mnie zniechęcił do tej formy działań antycellulitowych.

Drugą sprawą była pielęgnacja włosów. I to udało mi się wspaniale, czego efekty mogłyście zobaczyć w zeszłym miesiącu w rocznym zestawieniu włosowym. Jestem bardzo zadowolona, wiem już, co jest dobre dla moich włosów a co nie i trzymam się swoich pielęgnacyjnych nawyków. Obecny stan włosów jest fantastyczny! Jedyne, o czym teraz marzę, to fajna gruba lokówka ;)

Po trzecie były paznokcie. Z nimi wszystko jest w sumie ok. Są gorze okresy i lepsze. No jest stabilnie :D Gorzej ze skórkami, ale używam obecnie preparatu Agda i widzę ogromną poprawę w ich wyglądzie więc jest dobrej myśli. Rok temu chodziło mi o to, żeby móc znowu malować paznokcie, a teraz jak te paznokcie mam, to wcale mi się nie chce ich malować ;p

Czwarte miało być opieranie się odchudzaniu :D No i cóż, nic się w zasadzie nie zmieniło. W wakacje dużo ćwiczyłam i byłam na diecie, fakt, ale nie było to celem schudnięcia, a hmm udoskonalenia się :D
Trochę mi się oklapły efekty, ale jest ok. Paradoksalnie, wśród świątecznego obżarstwa postanowiłam wziąć się w garść- wróciłam do hula hop, pompek i innych ćwiczeń. Ile czasu wytrwam- zobaczymy ;)

                                                                        Piąty punkt był hedonistyczny i niech takim pozostanie :D


Postanowienia na ten rok? Chyba wciąż w miarę te same... 
A jak u Was? Robicie jakiekolwiek noworoczne postanowienia?

Kwasem w twarz- wrażenia po peelingu chemicznym

  • 31
Moje stałe czytelniczki, a także osoby, które śledzą i dzielnie znoszą moje utyskiwania na blogowym facebooku na pewno pamiętają, że na przełomie listopada i grudnia, dzięki uprzejmości Centrum Dermatologii i Medycyny Estetycznej WellDerm we Wrocławiu miałam okazję poddać się zabiegom oczyszczania skóry peelingiem chemicznym. Poza relacjami na fb obiecałam zwierzenia na blogu, co też mam zamiar dzisiaj uczynić.

Twarz moja to idealne pole do popisu dla tego typu działalności: zanieczyszczenia, niedoskonałości, skłonność do przebarwień i porów, które lubią rozłożyć... się i być kraterami.
Nikogo nie zdziwi więc fakt, że wiązałam ogromne nadzieje z tym złuszczaniem. Któż by nie chciał lepszej twarzy?

Peelingi chemiczne to jeden z najbardziej wszechstronnych zabiegów medycyny estetycznej. Są stosowane jako element profilaktyki antystarzeniowej oraz terapii depigmentacyjnej. Doskonale mobilizują skórę do odnowy i regeneracji. W większości wykorzystują właściwości naturalnych kwasów owocowych, niektóre otrzymywane są syntetycznie. Typ peelingu, jego stężenie, miejsce i obszar aplikacji (twarz, dłonie, plecy, ramiona) dobiera się w zależności od indywidualnych potrzeb pacjenta.


Efekty zabiegu:
  • Redukcja zmarszczek
  • Pobudzenie produkcji kolagenu i elastyny
  • Ujędrnienie skóry
  • Poprawa kolorytu skóry
  • Likwidacja przebarwień, plam posłonecznych, piegów
  • Terapia trądziku
  • Likwidacja blizn potrądzikowych
  • Odblokowanie i zwężenie porów
  • Redukcja rozstępów
  • Nawilżenie skóry

Pierwszy raz dostałam kwasem na specjalnym spotkaniu zorganizowanym przez WellDerm dla wrocławskich blogerek. Wykazując się nie lada śmiałością i odwagą ległam na łożu i płonęłam pod wpływem kwasu trójchlorooctowego, czyli skrótowo TCA.

Kwas TCA (trójchlorooctowy) występuje w stężeniach od 10% do 50%. W zależności od oczekiwanych rezultatów stosuje się odpowiednie stężenie preparatu i aplikuje w kilku warstwach. Bezpośrednio po zabiegu skóra może być zarumieniona. Następnie skóra zmienia kolor na brązowy i można mieć poczucie „skorupki” na skórze. Właściwe złuszczanie rozpoczyna się po 2-3 dniach od zabiegu i trwa ok. 3-4 dni.

Przemiłe towarzystwo śledzące zabieg i miłe dłonie przemiłej pani Marii sprawiły jednak, że nie popłakałam się, nie chłodziłam się wcale zatkniętym w zaciśniętą pięść wachlarzem. Kto chciałby okazać słabość po tym, jak sam się zgłosił?

A tak serio: zabieg to właściwie kontrolowane poparzenie kwasem (lub innym preparatem), więc naprawdę strasznie mocno piecze. Da się wytrzymać bez problemu, bo w krytycznym momencie szczęśliwie okazuje się, że to już koniec :)
Na mojej skórze płyn działał dosłownie kilka minut, więc to naprawdę light. Później skóra została zabezpieczona kremem.
Po zabiegu dostałam specjalną kartę informacyjną, na której umieszczone były wszelkie możliwe wytyczne, wskazania i zakazy, które obowiązują po zabiegu.
Tego wieczora nie mogłam na przykład myć twarzy czy włosów, ponieważ skóra przez 12 godzin nie może mieć kontaktu z wodą. Od pani Marii otrzymałam miniatury kosmetyków Cethapil, których miałam używać w czasie złuszczania: emulsję do mycia i krem nawilżający.

Po jakichś dwóch godzinach od zabiegu moja twarz stała się purpurowa, a skóra ściągnięta. To drugie utrzymywało się zresztą cały czas, aż do momentu, gdy skóra zaczęła pękać. W moim przypadku stało się to 3 dnia po zabiegu. W miejscu, gdzie skóra rusza się najbardziej, czyli na żuchwie.  Musze przyznać, że na początku wyglądało to strasznie. Po obu stronach brody wieczorem widniały wielkie dziury ziejące jednak piękną nową skórą.

No nie wyglądało to zbyt estetycznie, ale takie były tylko początki. Ponieważ głupotą byłoby rwanie tej odstającej skóry i ogólne ręczne zabawy, wiszące płaty przycinałam nożyczkami. Ogólnie wyglądało to tak, jak maseczka peel off, tyle że ze skóry. Uch, trochę przerażające.
Na policzkach i czole skóra schodziła jednak już mniej inwazyjnie, bardziej przypominało to takie klasyczne "sypanie się".

Łuszczenie trwało jakieś 3 dni, z czego większość czasu wypadło mi na weekend, więc nie straszyłam ludzi :)

Efekty po pierwszy zabiegu były naprawdę super! Która z nas nie myślała nigdy o tym, żeby ściągnąć z twarzy porządną warstwę skóry i cieszyć się świeżutką nową? Właśnie namiastkę tego miałam okazję zaobserwować u siebie.
Skóra była zupełnie inna w dotyku. Dużo bardziej miękka, gładsza, taka dziecinna. Zupełnie inna jakość. Zniknęły wągry na brodzie, delikatnie rozjaśniły się przebarwienia. Cała twarz nabrała blasku, stała się rozjaśniona. Mój M. cały czas mi powtarzał "no dużo lepszą masz buzię" ;)

Dwa tygodnie później wybrałam się na drugi zabieg. Mimo że tym razem wybrałam się już bez makijażu, pani Maria dokładnie oczyściła twarz i znowu dałam się potorturować.

Ominęło mnie już takie wielkie pęknięcie skóry i ogólnie całe złuszczanie przebiegało łagodniej i dużo wolniej. Również efekty nie były już tak spektakularne, ale temu już trudno się dziwić, bo wszystko co najgorsze zostało ściągnięte za pierwszym razem. Kolejne przebarwienia zostały rozjaśnione, pozbyłam się zaskórników z okolic nosa, a skóra utrzymała stan niezwykłej gładkości. Zdecydowanie zmniejszyło się przetłuszczanie, a podkład fantastycznie "przywiera" :)
Żaden peeling, ani inny oczyszczający zabieg, nie dały u mnie aż takich efektów. Twarz po 4-5 zabiegach musi wyglądać genialnie!

Co z wadami zabiegu?
No zdecydowanie średnio estetyczna rzecz z tymi płatami skóry na twarzy przez kilka dni. Popieram opinię, że peeling powinno się wykonywać na samym początku tygodnia. Wtedy możemy mieć niemal pewność, że po weekendzie nasza skóra będzie już wyglądała ok, ewentualnie trochę skóry może nam zostać jeszcze przy włosach, ale to jest już łatwe do ukrycia.
Po drugie wskutek mocnego oczyszczenia może nas spotkać niemiły wysyp. Po pierwszym zabiegu wylazły mi dwa porządne syfy, ale po drugim było już gorzej. Wysypka z minipryszczy prawie na całej twarzy. W dodatku prawie tydzień po zakończeniu łuszczenia, więc na początku myślałam, ze to krem mnie uczulił, ale w sumie to on pomógł mi zwalczyć tę małą inwazję.


Na pewno interesuje Was kwestia makijażu w takiej sytuacji. Spokojnie można nakładać na twarz podkład dopóki nie zaczniemy się naprawdę porządnie złuszczać. Po prostu dopóki jesteśmy w stanie "przyklepać" skórę kremem i nie jesteśmy całe w dziurach, nic złego się nie stanie.

Zima jest idealnym momentem na tego typu zabiegi, ponieważ skórę trzeba chronić przed promieniami słonecznymi i zabezpieczać mocnymi filtrami, a taka pogoda, jaką mamy obecnie skutecznie minimalizuje nam to niebezpieczeństwo.

Jeśli pociąga Was kwestia zrzucenia skóry i ukazania światu nowej, to z czystym sumieniem polecam tego typu peelingi. Moim zdaniem jest to warte cierpienia, zwłaszcza jeśli macie problem z zanieczyszczoną skóra i przebarwieniami.

Uch, no nie wiem, co jeszcze napisać, więc w razie czego piszcie w komentarzach, a po więcej informacji na temat zabiegu zapraszam Was TUTAJ (na stronie znajdziecie również cennik), a z każdym pytaniem możecie spokojnie wbijać do WellDerm na fb- zarówno w samym Centrum jak i na stronie wszyscy są niesamowicie mili :)

Miałyście już do czynienia z tego typu zabiegami? Jakie są Wasze wrażenia? Bo ja mam straszną ochotę na jeszcze :)

Max Factor podkład Facefinity All Day Flawless

  • 31
Na zimę mam dwa podkłady. Sama, celowo zaopatrzyłam się w nowy podkład Max Factora. Podkład Lumene trafił do mnie w zasadzie przypadkowo, oddała mi go Marti.
All Day Flawless od premiery zbierał rewelacyjne recenzje. Ale w sumie w przypadku większości produktów tak jest. Coś wchodzi do sprzedaży, jest wielki łał szał, ale zajebistość, po czym z biegiem czasu emocje spadają i nagle na jaw wychodzą wady produktu. W sumie jeśli okaże się, że nie jest tak miło, to jeszcze nic, gorzej jak nas zapcha i wysypie po miesiącu używania...

MAX FACTOR FACEFINITY ALL DAY FLAWLESS 3 IN 1



OPAKOWANIE: ładna, zgrabna, szklana butelka. Z pompką. Co najlepsze- pompka się blokuje poprzez przekręcenie, więc jakakolwiek inna możliwość wydobycia się podkładu z butelki  niż  jej rozbicie nie wchodzi w grę. Bardzo wszystko sprawne i przyjemne.
KOLOR: osobiście zostałam "zmuszona" do kupienia najciemniejszego dostępnego w Rossmannie koloru, czyli Bronze 80. Prawie najciemniejszy odcień był zaskakująco dużo jaśniejszy i miał pełno różowości, przez co od razu musiałam go skreślić. mój odcień, mimo przeraźliwej myśli, że to "najciemniejszy" wydawał mi się w drogerii idealny. Tak też myślałam przez kilka pierwszych dni, ale musiałam zmienić zdanie. Ostatecznie jest ociupinkę za ciemny. W sztucznym świetle wygląda świetnie, ale w naturalnym już nie bardzo.
ZAPACH: jestem niemiło zaskoczona, bo ten podkład po prostu śmierdzi. Ma brzydki chemiczny zapach, ale nie taki a'la perfumy, tylko takie niemiłe dla nosa c o ś. Nie sądziłam, że trafię jeszcze na tak nieprzyjemny w tej kwestii kosmetyk do twarzy...
KONSYSTENCJA: klasyczny płynny podkład. Fajnie się rozprowadza, nie stygnie na twarzy, więc i nie smuży. 
EFEKTY: cały bajer tego fluidu ma leżeć w tym, że łączy w sobie bazę, korektor i podkład. Z funkcji bazy wywiązuje się fajnie- ładnie wygładza buzię, maskuje rozszerzone pory. Gorzej z korektorem. Rozumiem, że chodzi tutaj o funkcję krycia, a to jest mocno średnie. Przy klasycznej, cienkiej warstwie zamaskowane są jedynie mniejsze niedoskonałości. Reszta albo do pokrycia grubszą warstwą, czego nie lubię, albo klasycznym korektorem. 
Co do reszty, całość nazwać można podkładem- efekt na twarzy jest naprawdę przyjemny. Cera jest wygładzona, jednolita, lekko pudrowo zmatowiona, bez efektu maski i płaskości. Nie waży się, dobrze sobie radzi ze zmianami temperatury i wilgotności powietrza, ale nie jest zbyt trwały. Mało który podkład poradzi sobie z ciągłym smarkaniem w chusteczkę, ale śladów na bibułce matującej mógłby nie zostawiać, a to robi. Ściera się również wokół ust, czego nienawidzę.

Podkład jest ok, ale nie aż tak, jak o tym było  głośno (w czym przyznaję, też brałam udział). Osobiście na pewno nie dałabym za niego ponad 50 zł, promocyjna cena przy -40% była ok, ale nie więcej.

OGÓLNA OCENA: 4-/5

Dałyście się złapać temu podkładowi? Co sądzicie?

Olejowanie... od środka.

  • 45
Jak święta Dziewczyny? Najedzone? Przejedzone? Mam nadzieję, że się lenicie i znajdziecie czas na przeczytanie nowej notki :)

Dawno temu notorycznie dopadało mnie zapalenie oskrzeli. Co gorsza nie chciało się odczepić żadnym sposobem. Chodziłam i kaszlałam. Od rana do wieczora. Ostatecznie się wyleczyłam. Pomogły mi leki na astmę oskrzelową, mimo że nigdy u mnie jej nie zdiagnozowano.
Tak czy siak, mój układ odpornościowy w tym czasie po prostu umarł. Staram się trzymać twardo, ale kiedy już mnie coś dopadnie to na jakąkolwiek walkę organizmu nie ma co liczyć. Zero gorączki. Mogę umierać, ale temperatury żadnej.
Co by jednak nieco podnieść morale tego mojego ciała, pani pulmonolog kazała pić olej lniany
I teraz do niego wracam, bo nam, Babom, ma bardzo wiele do zaoferowania. Wszystko dlatego, że zawiera ogromne ilości kwasów tłuszczowych omega-3 i omega-6. I w tej kwestii tran mu nawet nie depcze po piętach.

Klasyczne zalety, czyli wpływ na mózg i odporność pozwolę sobie pominąć, a zajmę się kobiecą stroną oleju lnianego.

Od kilku lat walczę ze swoimi zwariowanymi hormonami- tego za dużo, tego za mało. Olej lniany pomaga regulować ich poziom, wpływa korzystnie na cykl miesiączkowy, a także jego objawy- bóle brzucha, głowy, wrażliwość, obrzęk piersi. Łagodzi również oznaki menopauzy i dba o nasze macice ;)
Regulacja hormonów ma też wpływ na stan naszej cery przecież!


Kobiety w ciąży muszą zaspokoić nie tylko swoje zapotrzebowanie na NNKT, ale również i dziecka, które nie jest w stanie samo ich wysyntezować. Odpowiednie proporcje spożywanych kwasów omega-3 i omega-6 mogą również zabezpieczyć przez przedwczesnym porodem.

Z omega-3 i omega-6 produkowane są hormony szczęścia :)

Olej lniany wspomaga przemianę materii i procesy trawienne, przekształca składniki pokarmowe na energię.

Jeśli prowadzicie aktywny tryb życia, pamiętajcie, że picie oleju lnianego poprawi zdolność do regeneracji i wydolność organizmu, poprzez polepszenie transportu tlenu i produkcję hemoglobiny. Wspomaga również rozwój mięśni i spalanie tkanki tłuszczowej (olej lniany to główny tłuszcz w diecie kulturystów!).

Badania wykazały, że kwasy omega-3 mogą zahamować rozwój raka piersi, a także nowotwory innych organów.

Olej lniany idealnie nadaje się do masażu skóry- uelastycznia ją, zmiękcza. Suchej skórze przywraca odpowiedni poziom nawilżenia, a w przypadku tłustej pomaga regulować pracę gruczołów łojowych.

(dla panów- olej lniany pomaga w walce z rakiem prostaty i łysieniem ;)

Jak pić?
Olej lniany ma tę zaletę, że nie ma paskudnego smaku. Delicje to nie są, ale nie jest intensywny i ma orzechowy posmak. Wypijam 2 łyżki dziennie, popijając je po prostu sokiem albo wodą. 2-3 łyki w zupełności wystarczą, żeby nie czuć go w buzi przez pół dnia i żeby się za przeproszeniem nie odbijał. W każdym razie ja z tym problemu nie mam i polecam :)

Z życzeniami, a co!

  • 19


Piękne moje, żegnam się z Wami na najbliższe 3 dni. Dziś jeszcze zapraszam na ostatni post z moimi ulubieńcami roku 2012, a po świętach na podkład, podsumowanie grudniowej pielęgnacji włosów, kolejne kosmetyki w prawie i wiele wiele innych.

Jeszcze raz spokojnego wypoczynku w te Święta :*

Najlepsi w 2012. Subiektywnie

  • 31
Koniec roku się zbliża, Dziewczyny zaczynają różne podsumowania, więc i ja postanowiłam zebrać do kupy kosmetyki, które sprawiły mi w ciągu ostatnich 12 miesięcy najwięcej przyjemności.
Po świętach pojawi się też małe rozliczenie z noworocznymi, urodowymi postanowieniami i oczywiście grudniowy wpis włosowy :)

zdjęcia pochodzą z bloga, strony wizaz.pl oraz stron producentów

NAJLEPSI 2012


1. Cała seria ziołowych szamponów Barwy jest moją ulubioną. Nie potrafię wybrać jednego konkretnego. Wszystkie świetnie działają. Nie jestem wrażliwa na SLS bez kompletnie nie przejmuję się nim w składzie. Nie zawiera jednak silikonów, dobrze myje, zwłaszcza oleje. Nie przesusza włosów, nie plącze ich 2. Najsłynniejsza chyba maska Alterry. Moje włosy ją kochają, mimo prostego składu. Super miękkość, połysk i nawilżenie. Tego punktu nie muszę chyba nikomu tłumaczyć. Bombastic. 3. Ciapciak Artego zdobył moje serce po pierwszym użyciu. Jeśli postępujemy wg instrukcji, tzn. wysuszając go na włosach i dopiero spłukując, daje nam niesamowicie miękkie i sypkie włosy, ale użyty na szybko też jest niezgorszy. 4. Olejowa wspaniałość. Najlepszy jakiego używałam, nie tylko w tym roku. Gwarancja odżywionych. miękkich i niewypadających włosów. 5. Mój najlepszy przyspieszacz wzrostu włosów. Żaden Jantar nie ma szans.

 1. Zdecydowanie najlepsza masło do ciała. Idealnie nawilża, błyskawicznie się wchłania. Nie tylko jak na masło, ale jak na wszelkie możliwe mazidła. Cud miód i orzeszki. 2. Co do tego kremu miałam wątpliwości. Ostatecznie jednak 30% mocznika w kremie Lirene uratowało moje stopy. Nie używam go już jakiś czas, a wciąż wszystko jest ok. W razie czego wiem, czego szukać. 3. Balsam z masłem shea Organique to cudo na wszystkie bolączki. Nie ma co oczekiwać, ze wchłonie się szybko, ale za to efekty murowane. W dodatku świetnie wpływa na włosy. Zdecydowanie trzeba sobie kupić choć odrobinę i spróbować. 5. Absolutny KWC. Od wielu lat. Niezmiennie. Mogę sobie robić skoki w bok, ale zawsze pokornie wracam do Eveline. nic nie robi takich fajnych cycków, serio. Nie powiększy, ale jędrność pierwsza klasa.

1. Podkład Lumene rzutem na taśmę stał się ulubionym podkładem. Recenzji na blogu jeszcze nie było, będzie w okolicach Nowego Roku, więc nie będę wiele zdradzać. Zdecydowanie wart uwagi. 2. Tusz Hean to najlepszy rozczesywacz tego roku. Ma trochę wad, ale  w porównaniu z innymi zdecydowanie się wybija. Zwłaszcza ceną. 3. Kolejna super tanioszka. Ulubiona brązowa kredka. Devil Eyes Miyo trzyma się na powiekach cały dzień. Super pigmentacja. 4. Jedna z ostatnich recenzji. Porządny stylizator brwi w ładnej cenie, Catrice zawsze spoko. 5. Najlepszy korektor jaki miałam. Vipera dopasowuje się do podkładu, nie waży, ma aksamitną konsystencję, Ideałem nie jest, ale i tak najlepiej. 6. No hit absolutny! Ta seria Hean to najlepsze szminki na świecie. Piękne kolory, super pigmentacja i intensywność. Kosmiczna trwałość. Nie da się lepiej.

Powinna się tu jeszcze znaleźć kategoria "twarz". Ale stwierdziłam, że w zasadzie nic mnie w tym roku tak nie zachwyciło. Ewentualnie mogłabym wymienić jedną rzecz. Jestem bardzo zawiedziona tą sferą. Mam nadzieję, że w przyszłym roku znajdę coś dla siebie, bo póki co kiepsko.

A Was co zachwyciło w tym roku? Zawiodłyście się na czymś?

Dobra brew to mus! Ołówek Catrice

  • 39
Dawno temu pojawił się już tutaj post o brwiach. Ach, cała ich historia! Wszystko po kolei i o każdej kwestii. A że brwi na facjacie to rzecz ważna, nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć
Moje do najpiękniejszych nie należą. Nie wiem, czy odzyskają jeszcze formę po gimnazjalnych wygłupach. Są w połowie mocno przerzedzone i mimo, że włoski są ciemne, grube i wyraziste, razem nie tworzą zbyt eleganckiej całości.
Nie ma rady, trzeba się wspomóc. Do tej pory zużyłam dwa ołówki do brwi z Manhattanu. Ostatniego oseska używałam bardzo długo, namyślając się, w co by tu teraz zainwestować. Chciałam sobie sprawić jakiś cień, albo chociaż któryś z brwiowych setów. Ale ostatecznie padło na kredkę Catrice. Szukałam ciemnego, chłodnego brązu bez rudawych tonów. Moje naturalne brwi są bardzo ciemne i klasyczny brąz wyraźnie się przebijał. Odcień Brow-n-eyed Peas (numerek się już zdrapał ) wydał mi się idealny. I takiż ostatecznie się okazał.

Kredka jest długa i na drugim końcu wyposażona w specjalną szczoteczkę. Korzystam z niej cały czas, czeszę i układam nią brwi i rzęsy. Bardzo fajny bajer. Sama kredka jest sucha, co jest jak najbardziej na plus, spokojnie możemy stopniować intensywność koloru, nie martwiąc się o to, czy przesadzimy.
No właśnie, co do przesady. Nie jestem fanką tworzenia sobie każdego ranka nowych brwi. Nie wyobrażam sobie codziennego nakładania na brwi korektora i malowanie od nowa. Zwłaszcza, że u mnie średnio by to wypaliło ze względu na strukturę brwi. Gdyby włoski były bardziej delikatne, pewnie miałabym inne zdanie, ale nie są i jedyne, co mogę zrobić to po prostu trochę je zagęścić kolorem tam, gdzie są prześwity i delikatnie wyregulować kształt. Choć i tutaj nie jestem zbyt kreatywna, po prostu naprawiam to, czego poskąpiła natura :)
Efekt, który uzyskuję jest moim zdaniem dość naturalny, ale zdecydowanie dodaje twarzy wyrazu. Mogę nie wytuszować rzęs, ale bez brwi wyglądam zupełnie inaczej.

przed
po

Osobiście z takich efektów jestem bardzo zadowolona. Widać, że brwi są "zbudowane" z włosków. Myślę, że kształt pasuje do mojej twarzy i po prostu dobrze to wygląda. W każdym razie nikt mi jeszcze w żaden sposób nie zwrócił uwagi, że coś z moimi brwiami jest nie tak. Wręcz przeciwnie :) Kredka jest trwała, wytrzymuje bez problemu cały dzień.

Jeśli chodzi o to, jak prezentuje się całość, pozwolę sobie wrzucić parę zdjęć całej facjaty, poprzerabiane, ale brwi widać ;)



Na środkowym się poczochrało, ale i tak jest ok ;)
Tak czy siak, brwi to dla mnie absolutna podstawa, nie zawsze jest idealnie, bo brwi mam kapryśne, ale kredkę Catrice (ok. 10 zł) jak najbardziej polcam!

A ile dla Ciebie znaczą Twoje brwi? :D

Cukierkowa szminka Kryolan i czerwone prezenty

  • 34
Są takie kolory, których nijak nie da się uchwycić. Do tej pory największe katorgi fundował mi jeden z lakierów Rimmel, ale teraz znalazł sobie koleżankę. Szminkę. Kiedy brałam udział w rozdaniu u Siouxie myślałam, że będzie czerwona. A tu psikus. Okazała się cukierkowo różowa. Mocno mnie to zmyliło, ale wszystko zrozumiałam, kiedy dzisiaj sama robiłam jej zdjęcia. No tak ją ciągnie do czerwieni, że masakra :D 
Na zdjęciach ust też gubi różowe tony. No naprawdę jest landrynką, musicie mi uwierzyć na słowo :)



Szminka ma wspaniałe, porządne, metalowe (!) opakowanie. Zamyka się na porządny zatrzask, a na samym zamknięciu piękna kryolanowa maska.
Kolor, jak wspomniałam, jest landrynkowo różowy (na opakowaniu widnieje tylko LC334 to chyba numer odcienia). Szminka ma lekko błyszczykową konsystencję, jest bardzo lekka i miękka, idealnie sunie po ustach. Nie ma stuprocentowego krycia. Ze względu na konsystencję nie spodziewałam się szałowej trwałości, no ale jednak co Kryolan to Kryolan :) Szminka barwi usta przez co ewentualne starcie i ubytki są niewidoczne. Nie wysusza ust i ślicznie pachnie.



Szminka zdecydowanie zajęła miejsce wśród ulubionych mazideł. Idealnie nadaje się do lżejszego makijażu, kiedy mam ochotę odpocząć od na maxa mocnych czerwieni, ale wciąż mieć podkreślone usta.

Na koniec chciałabym Wam pokazać mój mały przedświąteczny prezent od Natalii :) Dwie czerwone wspaniałości- szminkę Make Up Academy i baaaardzo pięknie napigmentowany błyszczyk Kobo.





Ulubiona ostatnio odżywka "na szybko"

  • 21
Zima dla pielęgnacji jest straszna. Nie dość, że balsamy u mnie leżą i kwiczą, to teraz, kiedy drugi tydzień jestem chora, dopadło mnie nicnieróbstwo w kwestii dbania o włosy. No bo mało wychodzę, a i z mokrą głową siedzieć mi nie po drodze. No ale jak już trzeba, to się nie da inaczej, jak pacnąć jakąś odżywką. Wszak zima.
W związku z tym Express Wax z Pilomaxu, o której to właśnie masce będzie dzisiaj mowa, znika mi w zastraszającym tempie i  czas ją zrecenzować, bo jak się skończy to szybko zapomnę czy była ok... A jest!

PILOMAX EXPRESS WAX maska do włosów zniszczonych

Producent:

Innowacyjna maska stworzona by naprawić i dogłębnie wzmocnić suche, zniszczone i łamliwe włosy w zaledwie 3 minuty.
  • Keratyna – wzmacnia i regeneruje uszkodzone włosy, nadaje im połysk. Tworząc film chroni włosy przed szkodliwym działaniem środków farbujących i utleniających. Korzystnie wpływa na skórę łagodząc podrażnienia.
  • Ekstrakt ze skrzypu polnego – regeneruje oraz zapobiega łamliwości i rozdwajaniu się włosa.
  • Pantenol – silnie nawilża i pogrubia włosy, przyspiesza gojenie naskórka oraz łagodzi uczucie swędzenia.
  • Gliceryna – nawilża i poprawia elastyczność włosów oraz skóry głowy.
Ekspress Wax szybko i skutecznie pielęgnuje Twoje włosy, zapewniając im odpowiedni poziom nawilżenia oraz chroniąc przed uszkodzeniami i rozdwajaniem.
90% kobiet potwierdziło, że maska Express Wax dobrze spłukuje się z włosów a ponad połowa uważa, że ma lepsze właściwości niż inne produkty, które stosowały wcześniej.*
Produkt przebadany dermatologicznie.
(źródło: pilomax.pl)

OPAKOWANIE: średnio miękka biała tuba, w miarę standardowa pojemność 250 ml. Konsystencja kosmetyku nie sprawia, że ciężko ja wycisnąć, więc opakowanie jest ok. Acz przymierzam się powoli do rozcięcia opakowania, bo obawiam się, że na samym opakowaniu osiadło sporo kosmetyku i sam się nie wyciśnie.
KOLOR: biały z żółtym zabarwieniem
ZAPACH: troszkę chemiczny, ale bardzo przyjemny. Charakterystyczny dla wax'owych kosmetyków. Utrzymuje się na włosach w tej bardziej subtelnej i delikatnej wersji. Maskę dostałam na spotkaniu blogerek- w pewnym momencie coś nam zaczęło bardzo pachnieć- okazało się, że to te maseczki, mimo że nie były otwierane ;)
KONSYSTENCJA: woskowa, gęstość charakterystyczna dla większości masek, ale tutaj pojawia się chyba jedyna jak dla mnie wada tego produktu- nie sunie po włosach. Osiada na nich w tym miejscu, w które jako pierwsze maźniemy rękami. Zdecydowanie sprawdza się tutaj lepiej nakładanie na już rozczesane włosy.

EFEKTY: maseczka ma być ekspresowo 3 minutowa. Nie trudno się więc domyślić, że używam jej raczej jako odżywki niż maski. Skład nie jest może jakoś szalenie dobry, ale jak wspominałam już nie raz ostatnio, moje włosy natury i tak nie lubią, więc powoli przestaję jakoś bardzo zwracać na to uwagę. Zwłaszcza, że to naprawdę jest bardzo fajna, godna polecenia maseczka. Fakt, nie rozprowadza się może zbyt dobrze, ale po tej chwili na włosach stają się mięciutkie i fantastycznie się rozczesują. Dyscyplinuje wierzchnią warstwę moich włosów, czyli taką mocno pomechraną, dzięki czemu wyglądają na gładkie i zdrowe. Zresztą one po prostu są gładkie i zdrowe :D 
Nie kołtunią się, pozostają sypkie przez większość dnia. Bardzo podoba mi się, jak działa na końcówki- po użyciu, zwłaszcza takim dłuższym jednak, ok. 30 minutowym, są wyraźnie grubsze i mięsiste. Nie robi się siano na końcach. Do tego ładnie pachnie, szybciutko się spłukuje i jest wydajna (używam jej od jakiegoś półtora miesiąca, i to tak, że prawie niczego poza nią na moich włosach nie było, naprawdę sporadycznie ;)

SKŁAD: Aqua (Water), Cetearyl Alcohol, Phenoxyethanol, Glyceryl Stearate, PEG-100 Stearate, Cetrimonium Chloride, DMDM Hydantoin*, Hydrolyzed Keratin, Equisetum Arvense (Horsetail) Leaf Extract, Parfum (Fragrance), Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Glycerin, Panthenol (Provitamin B5), Ethylhexylglycerin, CI 19140

*konserwant- alergen

ok. 20 zł za 250 ml

OGÓLNA OCENA: 4+/5


Wczoraj dotarła do mnie  w końcu przesyłka z kosmetykami Marc Anthony z olejkiem arganowym, więc z potrzeby użycia nowości chyba jednak mi się regularność w pielęgnacji poprawi :D




Wiem, że większość z Was, zwłaszcza Włosomaniaczki, ma zazwyczaj wielki arsenał kosmetyków i tych odżywek i maseczek jest co najmniej kilka. 
Macie jednak taką swoją ulubioną, po którą najchętniej sięgacie?

Kosmetyczne alergeny. Jaki składnik może Cię uczulić?

  • 13
Kosmetyki to rzecz, której celem jest, w mniejszym lub większym stopniu, upiększanie. Życie nie jest niestety różową sielanką i czasem, całkowicie nieoczekiwanie, zostajemy obsypane krostami, stanami zapalnymi czy zaskórnikami. I to w najlepszym razie. Nie każdy bowiem składnik kosmetyku musi mieć jedynie pozytywne działanie. A że i każdy człowiek różnie reaguje- robi się naprawdę niezły bałagan. 
Zasięg tego bałaganu zależy również od stężenia danego składnika w kosmetyku, jego właściwości, wrażliwości miejsca i stanu skóry, a także to, ile czasu dany kosmetyk pozostaje na skórze.
Jakie więc składniki trzeba mieć na oku?

na podstawie: Kosmetologia Pielęgnacyjna


BARWNIKI

Problem dotyczy głównie tzw. amin aromatycznych, czyli np. para-fenylo-diaminy (PPD), para-tolueno-diaminy (PTD) oraz 2-nitro-para-fenylenodiaminy (ONPPD), a także naturalnej henny. PPD to czarny barwnik stosowany w ciemnych farbach do włosów, jest inaczej zwany "sztuczną henną" i ma bardzo silne właściwości uczulające. Znajduje się na liście składników, które dopuszczone sa do użytku kosmetycznego jedynie w ograniczonych ilościach, zakresie i warunkach- może być stosowana wyłącznie w farbach do włosów, w stężeniu nie wyższym niż 6%. Objawami uczulenia jest nasilony obrzęk skóry wokół oczodołów, całej twarzy oraz rumień. Na środek ten należy bardzo uważać, ponieważ dodawany jest często jako wzmacniacz koloru do zwykłej henny.


ZARÓBKI, CZYLI PODŁOŻA I ROZPUSZCZALNIKI

Nie są to składniki, które wywołują częste uczulenia. Statystycznie jest to jakieś ok. 2%. 
Należą do nich:
lanolina, euceryna, glikol propylenowy, wosk pszczeli, mirystynian izopropylu, kalafonia, 
alkohol izopropylowy.
Na lanolinę i eucerynę muszą szczególnie uważać osoby z atopowym zapaleniem skóry. Lanolina jest też o tyle specyficzna, że reakcja alergiczna występuje na skórze zmienionej chorobowo, zdrowa skóra u tej samej osoby pozostanie nietknięta. Uczulające w lanolinie są alkohole.
Mirystynian izopropylu to środek rozpuszczający substancje zapachowe, sam bezwonny i bezbarwny. Można go również spotkać w preparatach do demakijażu i dezodorantach w roli konserwantu. 


EKSTRAKTY ROŚLINNE

Niestety, nie wszystko co naturalne, musi nam zawsze robić dobrze. Zawartość roślinnych ekstraktów jest zazwyczaj zaletą kosmetyku. Są jednak takie, które mogą wywołać reakcję alergiczną:
rumianek, arnika, nagietek.


KONSERWANTY

Wszystkie kosmetyki, które mają nam służyć i działać tak, jak powinny, przez długi czas, muszą być zabezpieczone konserwantami. Jednak i w tej kategorii są takie, które uczulają:
formaldehyd (znany chyba najbardziej po ostatnich przygodach z Eveline), wyzwalacze formaldehydu- Quaternium 15, Germal II, Germal I 15, DMDM hydantoina; Katon CG, Euxyl  K 400, estry kwasy p-hydroksybenzoesowego (nipaginy=aseptiny=parabeny), etylenodiamina, mertional (thiomersal, thiomerosal), triclosan i in.
Zdecydowanie najmocniejszy jest tu formaldehyd, który również jak wiecie jest dopuszczany jedynie w ograniczonych ilościach.
Niegdyś głównymi konserwantami były dobrze nam znane alergeny, jednak 20 lat temu wyparły je Katon i Euxyl. Ostatecznie wykazywały one wysokie właściwości alergiczne i znowu powrócono do parabenów. Katon spotkać można wciąż w kosmetykach do pielegnacji włosów, Euxyl natomiast w żelach do badań USG, jednak oba te środki mają ograniczoną ilość.



SUBSTANCJE ZAPACHOWE

Wydawać by się mogło, że to najprzyjemniejsza część. Niestety obecnie producenci prześcigają się w tworzeniu mocnych kompozycji zapachowych. Płyn do płukania musi być jak perfumy. Niestety jest to przyczyną coraz częstszych alergii. Najczęściej odpowiadają za to: tzw. koktajl zapachowy A (amerykański) oraz balsam peruwiański.  Koktajl zapachowy A składa się z 8 substancji:
absolutu mchu dębowego, hydroksycytronellal, izoeugenol, aldehyd cynamonowy, geraniol, alkohol cynamonowy. eugenol, aldehyd alfa-amylo-cynamonowy.

Balsam peruwiański to substancja wyekstrahowana z drzewa Myroxonal balsamum i zawiera wiele związków, których dokładny skład nie został jeszcze poznany.

Inne związki zapachowe o silnych właściwościach uczulających to:
olejek ylangowy, olejek różany, syntetyczny aromat jaśminowy,olejek kananga, absolut lawendowy.




O uczuleniu często dowiadujemy się niestety po fakcie, ale może wiecie, czy jesteście na coś uczulone? Musicie unikać jakichś kosmetyków?
Mi osobiście o niczym nie wiadomo...

Szminkowa lista marzeń. Chanel

  • 19
O ile moje pragnienia co do szminek MAC bazują tylko i wyłącznie na tym, co miałam okazję zobaczyć w salonie i na blogach, o tyle miłość do Chanel poparta jest już pewnymi doświadczeniami. Jestem szczęśliwą posiadaczką Rouge Coco w odcieniu Etole i Rouge Allure Palpitante. Tym samym powiedzieć mogę tylko, że chcę jeszczeeeeeeeeeeee! :D









Naturalne rytuały dla moich silikonolubnych włosów

  • 15
Przepraszam za tę kilkudniową nieobecność, ale od tygodnia zdycham w chorobie, chodzę cały czas zmęczona i nie byłam w stanie wydusić z siebie niczego mądrego. W sumie dzisiaj nie jest o wiele lepiej, ale na blogu nie może być tak cicho ;)

Po roku włosowych eksperymentów musiałam poddać się moim kłaczkom i stwierdzić, że nie przepadają za naturalnymi kosmetykami. Fakt, przez ten czas udało mi się całkowicie odmienić kondycję włosów, są zdrowe i mocniejsze, ale niestety wizualnie niekoniecznie zawsze prezentowały się dobrze. Im kosmetyki miały prostszy skład, tym bardziej kapryśne stawały się moje włosy. Nie były sypkie, były smętne i bez życia.

Z biegiem czasu powróciłam do tradycyjnych, drogeryjnych kosmetyków. Z umiarem, bez nakładania warstw silikonów, zmywając zawsze wszystko dokładnie, pozwoliłam moim włosom wyglądać po prostu ładnie. Silikony idealnie je dyscyplinują i potrafią okiełznać fakturę włosów. Wszystko jest dla ludzi, o ile wiemy, jak sobie nie zaszkodzić :)

Muszę jednak przyznać, że są pewne naturalne zabiegi, które moje włosy uwielbiają i staram się je im fundować jak najczęściej. To często proste, jednoskładnikowe płyny lub mazie, które nakładam w weekendy.

To one stanowią chyba główny trzon pielęgnacji. Kosmetyki stają się już dodatkiem, którym pomaga wydobyć z włosów to, co najlepsze.



Moje włosy przede wszystkim pokochały oleje. Z przyjemnością chłoną magiczne właściwości olejku kokosowego, masła shea (karite) oraz ziołowo- olejową mieszankę w "oleju pielgrzyma" (o nim za jakiś czas) i wspaniały IHT 9. Oleje nakładam zazwyczaj prawie na cały dzień, czasem noszę go nawet prawie 48h. Po roku tzw. olejowania jestem pewna, że to one w głównej mierze przyczyniły się do poprawy stanu włosów, choć muszę też przyznać, że przy braku regularności, efekty słabną. Olejowe uzależnienie do końca życia :)
Płukanki to taka "kropka nad i", najlepsze zakończenie włosowych zabiegów. Ja lubię pokrzywę- wzmacnia i oczyszcza włosy, idealna dla tych przetłuszczających się. Blondynki muszą jednak uważać, ponieważ może nadać zielonkawy odcień ;) Na mało elastyczne, skłonne do łamania się włosy dobra będzie mięta, dla blondynek rumianek,  na wypadanie oczywiście skrzyp, dla ciemnowłosych kora dębu oraz kawa, która może pobudzić cebulki włosów do szybszego wzrostu.
Hitowy żelek z siemienia lnianego przypadł mi bardzo do gustu, w przeciwieństwie do równie sławnego laminowania żelatyną. Fantastycznie odżywia włosy i sprawia, że są bardziej mięsiste. Nie próbowałam go jeszcze jako stylizatora, ale po prostu nie mam za bardzo czasu na zabawy z nim.
Odżywki do skóry głowy, czyli tzw. wcierki to dla mnie obowiązkowy element po każdym myciu włosów. O ile popularny Jantar nie zrobił z moimi włosami nic, o tyle jestem zdecydowaną fanką Kuracji Rzepa od Joanny. Obecnie używam jej zmieszanej z biostyminą, ale zaczynam przygodę z naparem z nasion kozieradki, która zbiera w blogosferze same ochy i achy :)

Jak wygląda Wasza naturalna strona pielęgnacji włosów? Wiem, że zdecydowanej większości przejście na tę lepszą stronę służy i włosy wyglądają genialnie, ale nie każdy ma takie szczęście...
Macie jakieś swoje specjalne mieszanki, jakieś ulubione oleje, które polecacie? A może macie coś takiego, jak ja z żelatyną, że niekoniecznie Wam podchodzi? :)

P.S.
Dzisiaj o godzinie 13, we wrocławskim Akademickim Radiu Luz, będzie można posłuchać małego wywiadu ze mną... Mam nadzieję, że będziecie wyrozumiałe, bo to jednak duże wyzwanie. Liczę na to, że nie skompromituję siebie, ani blogowej społeczności :D
Jeśli chcecie posłuchać do zapraszam na 91,6 FM we Wrocławiu lub na stronę  www.radioluz.pwr.wroc.pl.

zdjęcia pochodzą ze stron: lula.pl, herbapol.waw.pl, wikipedia.pl,sklepy24.pl, mameha.pinger.pl, helfy.pl, alejka.pl

Obserwują