Mistrzowski dymek dla mniej utalentowanych. Maybelline

  • 30
Do mniej utalentowanych zaliczam się ja. Zdecydowanie. Zrobienie czegoś, co wykracza poza nałożenie jednego, neutralnego cienia na ruchomą powiekę jest ponad moje siły
Co jak co, ale jakoś też nie pasjonuje mnie to na tyle, by siedzieć i malować i próbować i zmywac i od nowa. Ale z kolei na jutubie już coś obejrzę i popatrzeć na dzieła innych też lubię i podziwiam je niezmiernie. Nie oznacza to jednak, że się na ten wizaż całkiem zamykam. 
Ostatnio, za sprawą mini miłości do minerałów moja kolekcja cieni mocno się powiększyła. Nie tylko ilościowo, wzbogacając się o kolejne beże i brązy, ale i gama kolorystyczna mocno się rozrosła. Kręcę się wokół tego wzystkiego, czekając na TEN JEDEN MOMENT, kiedy stwierdzę, że TAK ZROBIĘ TO i wyciągnę z szuflady te piękne fiolety i przyozdobię swoją zgniłozieloną tęczówkę. 

Ale nie nadchodzi, więc siedzę dalej w nudziakach i ewentualnych kreskach. Do tego firankowe rzęsy, spoza których też nie zawsze cokolwiek widać, trochę jednak rozleniwiają.
Z tego makijażowego letargu postanowiła mnie na początku roku przebudzić Asia z 1001 pasji, wrzucając do mojego HexxBoxa kredkę Maybelline.
Kredkę nie byle jaką, bo czarującą. Z kreski robi smokey eyes. W magicznym, stalowym, metalicznym kolorze, z którym trafiła też idealnie, bo lubię, kiedy takie odcienie oprawiają moje oczy.


MAYBELLINE MASTER SMOKY SHADOW-PENCIL

Master Smoky to średnich rozmiarów kredka o trochę większej jednak średnicy. Kredka intenysywna, dobrze  napigmentowana i cudnie miękka. Nie wymaga żadnych poprawek, finalny efekt dostajemy od razu po pierwszym pociągnięciu, świetnie się trzyma w ciągu dnia, ale mimo to nie sprawia problemów z demakijażem, zwykły pierwszy lepszy płyn czy mleczko w zupełności wystarcza.

Makijaż, który mamy nią wykonać, to prosty, klasyczny, monochrmoatyczny smokey eyes, składajacy się z dwóch kroków. Najpierw zwykłą kredkową końcówką malujemy grubszą kreskę na powiece, a potem umieszczoną na drugim koncu małą gąbeczką ją rozcieramy.




Kredka ma naprawdę piękny kolor . Smoky grey idealnie zastępuje mocną, oczywistą czarną kreskę. Swietnie nadaje się do prostego dziennego makijażu. Nie jest tak ostra jak klasyczny eyelinerowy efekt, makijaż staje się delikatny. 


Niestety z takiej kreski, jaką przedstawiłam na swoim oku powyżej makijażu nie wyczarujecie. Maybelline mówi o grubej kresce i taką właśnie naprawdę trzeba zrobić. Zwykła kreska po roztarciu da efekt po prostu delikatnego szarego cienia, który ledwie widać na powiece. Taki dymek wyjdzie, ale uch, takie małe ognisko raczej, liście palone jesienią i zadymiona lekko okolica, niźli coś naprawdę mocniejszego. Większa ilość kosmetyku daje już porządany efekt. Dzięki kremowej konsystencji kreska pięknie się rozciera. Na początku zdarzały mi się jakieś smugi, ale manewrowanie gąbeczką po dosłownie dwóch razach jest do opanowania.

Kolor dobrze trzyma się też na linii wodnej. Zdecydowanie dłużej niż inne kredki, których miałam okazje używać.

Kusi mnie fioletowa wersja tego mazidła i pewnie kiedyś się skuszę, bo taka opcja jest dla mnie zdecydowanie wygodniejsza i prostsza niż próby z cieniami.

OGÓLNA OCENA: 5/5

Miałyście okazję używać tych kredek? 
A może znacie jakieś fajne tricki przy klasycznym, cieniowym smoky? :)

Wibo-Box, edycja majowa :)

  • 17
No niestety, przez kilka dni bedziecie miały na głowie te same wpisy :D Tym razem moja paczka dotarła szybko, nie jak poprzednio, więc już Wam pokazuję co znalazło się u mnie. Taaaak wiem, że widziałyście to wczoraj, ale jakby nie patrzeć moje perełki są inne! :p


Po pierwsze: lakiery piaskowe, w naszej polskiej, bałtyckiej wersji :)


Po drugie: perełki, czyli popularny niedawno caviar manicure. To jedyne produkty w tym Boxie, które sie nie powtarzają, każda z nas dostała inne kolory. Mi trafił się mocny, różowy, nawet rochę fuksjowy zestaw :)


Po trzecie: znowu paznokcie. Tym razem odżywka i preparat do usuwania skórek.


Znalazło się też coś na twarz i oczywiście tusz do rzęs. Już wiecie więc, co mam dziś na oczach :D


Poza tym oczywiście gadżety od partnerów.


Piasek mam na paznokciach od wczoraj. Do tej pory kompletnie mnie ten trend nie ruszał. Morski piasek z Lovely jest bardzo brokatowy i błyszczący, więc trochę ten efekt się gubi, ale muszę przyznać, że mi się podoba :)
Ciekawe, jak wypadną perełki...

Rzęsy jak ta lala, czyli znowu dobry tusz ze stajni Wibo.

  • 43
To, ze moim rzęsom dużo nie trzeba wiem i też niejednokrotnie czytałam takie stwierdzenie w komentarzach od Was. 
Może i coś w tym jest, choć wierzcie mi, że ciężko jest długie i gęste rzęsy czasem doprowadzić do ładu. 
Od czego jednak jest zalotka, różne grzebyki i... wykałaczki? 
W razie czego sobie poczeszę, porozdzielam, ale z drugiej strony po co dodawać sobie pracy? Ostatecznie rozważając za i przeciw wszelkie możliwe i tak zawsze dochodzę do wniosku, że w co jak w co, ale w tusz do rzęs inwestować nie mam zamiaru. Klasyczne dychacze z drogerii wystarczają mi w zupełności. I tak co jakiś czas ląduje u mnie nowy tusz z Wibo/Lovely. W większości zakupu nigdy nie żałuję, bo tak naprawdę jedynym mankamentem tych maskar jest to, że szybko wysychają i osypują się pod oczy. Cóż się dziwić, skoro kosmetyki stoją sobie luzem na półce, co trzecia osoba je otwiera, żeby obejrzeć szczoteczkę i tak się wietrzą. Ten tusz na szczęście dostałam w pierwszym Wibo-Boxie i to chyba przesądza o tym, że służy mi trochę dłużej, niż ten kupiony w Rossmannie.

WIBO DOLLS LASH EXTRA VOLUME

Tusz ma klasyczne, plastikowe opakowanie, w ciemnopomarańczowym kolorze. Może to głupie, ale bardzo cieszy mnie jednak ten mały polski akcent na zakrętce. W natłoku woljumów, laszów, ekstenderów, boldów i tym podobnych nasze polskie "ę" wygląda wybitnie dobrze :D

Szczoteczka klasyczna włoskowata, co w sumie wywołało u mnie lekkie kręcenie nosem, ale całkowicie niesłusznie. Niesłusznie również obawiałam się faktu, że te włoski są wyjątkowo miękkie, bo często jest tak, że tusz po prostu uciapuje przednią stronę rzęs, tworząc czarny zlepek. Tutaj o dziwo dostajemy przyjemnie rozczesane włoski. Poza tym są dość fajnie pogrubione i trochę wydłużone, choć to akurat ciężko jest mi stwierdzić, rzadko widać u mnie wydłużenie. Po użyciu zalotki rzęsy i tak siegają brwi :)

Ogólnie oko rzeczywiście sprawia wrażenie ubranego w całkiem okazały wachlarz. Fajnym bajerem jest na pewno też to, że unosi rzęsy w górę. Nie tyle podkręca, co właśnie odbija cały włosek. Czasem, przy dobrym dniu, efekt u mnie był taki, jak po użycia zalotki, także wielkie propsy.

Kosmetyk, tak jak wspomniałam, dostałam w lepszej formie niż te, które kupowałam do tej pory. Długo był mokry i zostawiał na rzęsach jedwabistą czerń. Teraz owszem, jeszcze się nie kruszy, ale zatracił już tę gładkość i na oczach wygląda dość sucho.


Zdjęcia szału nie robią, jak zawsze. Niestety łapie mi się zawsze o 1/3 mniej rzęs niż jest w rzeczywistości i taki jest efekt :p Nie użyłam też zalotki, więc wygląda to trochę gorzej niż na moich oczach na co dzień, ale i tak jest ok. "Jezu jakie ty masz te rzęsy" słyszane co jakis czas, niech będzie najlepszym potwierdzeniem działania tej masakry, która i tak ostatnio zbiera same pozytywne recenzje.
Czy Wibo wyroście kolejny tuszowy klasyk i obok "zielonego", "żółtego" i "niebieskiego" popularnym będzie też "pomarańczowy"? :)


Do kupienie wiadomo gdzie i za ile :) 

Otwarcie nowego atelier marki Clarena we Wrocławiu.

  • 10

Z relacją przychodzę  z niemałym opóźnieniem. Otwarcie nowego punktu, w którym możemy nie tylko kupić kosmetyki marki Clarena, ale i najzwyczajniej w świecie skonsultować się z dermatologami i kosmetologami oraz dokonać komputerowej analizy skóry, odbyło się ponad miesiąc temu, 24 kwietnia. 
Marka Clarena powstała w 1996, tutaj, we Wrocławiu. Założyła ją pani Patricia Popławska (w czerwoenj sukience na zdjęciu poniżej), która za swoją biznesową działalność nie raz już była nagradzana. 
Clarena tworzy profesjonalne kosmetyki zarówno dla salonó kosmetycznych jak i indywidalnych klientów. 

Na otwarcie zostały zaproszone osoby zwiazane z wrocławskim środowiskiem, prasa oraz blogerki- my urodowe, kosmetyczne, jak i modowe.
Już na wstępie każdy gość dostał torebkę z małymi upominkami i mógł zacząć upajać się wieczorem w towarzystwie lampki szampana, pysznych (jak mniemam, bo nie udało mi się do nich dorwać) babeczek od Muffiniarni i Sushi przygotowywanego na naszych oczach przez chłopaków z Fresh Corner.

Spotkanie uświetniły przemowy, wykłady pani dermatolog ("Wiosenne przebudzenie  z Clareną") i pana Aleksandra Binsztoka ("Kokieteria w biznesie") oraz pokazy mody butików, w sąsiedztwo których zawitał salonik Clareny (Wrocław, Rynek, Pasaż pod Błękitnym Słońcem), czyli Baldinini, Marc Cain i Victor Boutique.

W czasie trwania imprezy każdy z gości miał możliwość wzięcia udziału w specjalnym konkursie, w którym wygrać można było zestawy kosmetyków, książki, zaproszenia na zabiegi czy samochody Toyota z pełnym bakiem do wykorzystania w weekend. Wystarczyło dokończyć zdanie: Czuję się piękna, gdy..." i wrzucić swoją karteczkę do szklanej kuli. Fartem udało mi się wygrać książkę, ale to, co napisałąm na kartce, niech pozostanie tajemnicą :p


Po oficjalnej części spotkania pobiegłyśmy z Dziewczynami na analizę skóry, która została komputerowo sprawdzona pod każdym względem, a wyniki testów zostały mi dodatkowo przesłane na maila. Szkoda, że tylko blogerki kosmetyczne skorzystały z takiej możliwości. Innych to nie ciekawi, czy tylko My jesteśmy już takie skrzywione? :p


Bardzo dziękuję marce Clarena za zaproszenie i miłe spotkania i Blogerkom: Zakupowym Bestiom, Story By Ferrou, FangleFashion i Anuli za towarzystko :)

Równiutki koloryt w lekkości żółtego kremu. Cashmere.

  • 11
Dwa egzaminy z tego tygodnia mam za sobą. Przede mną jeszcze jeden, potem koniec semestru i sesja. Niestety nie jestem tak zajebiście zorganizowana jak mój Facet, który ma wszystko pod kontrolą od początku. Ja wszystko zawsze na ostatnią chwilę robię no i mam niestety teraz roboty po sufity.
Dlatego takn mnie mało. Na pewno będzie tak jeszcze w nadchodzącym tygodniu. Jak dalej? Nie wiem, ale poniżej obecnego poziomu nie spadnę. Chyba się nie da :D

Tak czy siak, dzisiaj normalna recenzja.

DAX CASHMERE ILLUMINATOR ROZŚWIETLAJĄCY KREM LIFTINGUJĄCY

OPAKOWANIE: elegancka, metalowa "tubka" z pompką. Opakowanie na pewno dobrze Wam znane, bo większość kosmetyków marki jest tak zapakowane :)
Pomka chodzi luźno, przec cały okres używania ani razu się nie zacięła. Z boku również wszystkim dobrze znane podłuże okienko, dzięki któremu widzimy, ile mazidła już wycisnęłyśmy. Bardzo mi się podoba to, jak opakowanie sie zamyka. Ten "klik" po założeniu zatyczki jest taki... miękki :)

KOLOR: kremik jest pastelowo żółty. Takie miłe, słoneczne rozpoczęcie dnia. Niestety nie zrobiłam zdjęć wcześniej, a krem już zużyłam :(

ZAPACH:  trochę sztuczny, kosmetyczny, ale przyjemny i szybko się ulatnia. Nic a anic nie przeszkadza.

KONSYSTENCJA: Tytuł posta mówi wszystko- lekkutko jak chmurka. Krem jest taki śliskawy, sunie szybko po buzi, wchłania się błyskawicznie i zostawia na niej gładką powłoczkę. Tutaj więc producent ma absolutną rację- idealnie nadaje się pod podkład. Zarówno zwykły płynny fluid jak i minerały. 

EFEKTY: Krem jest przeznaczony do używania zarówno na dzień, jak i na noc. I początkowo rzeczywiście tak go intensywnie eksploatowałam. Ale później nocną pielęgnację stanowić zaczął krem Bandi z kwasami. Lekkość pozostała więc na dzień. Mimo to krem dał całkiem fajne efekty.
Działanie ma się ogniskować na dwóch frontach- rozświetleniu i wyrównaniu kolorytu oraz poprawieniu jędrności i napięcia skóry.
Cóż, o działaniu liftingującym zbyt wiele Wam nie powiem. Liftingu w wieku tych dwudziestu kilku lat chyba nie potrzebuję, a na moje czołowe bruzdy krem już nie pomoże. 
Ale rozświetlenie? Wyrównany koloryt? Jak najbardziej! 
Jakiś czas temu zauważyłam, że skóra dużo lepiej wygląda. Pomijając to, że i niedoskonałości jest mniej, twarz wygląda po prostu bardziej świeżo, gładko, przestały mi wyłazić blade plamy. Tak, blade. Teraz moje cera ma ten sam kolor, tę żółciutką pigmantację przez cały dzień. No chyba, że się umęczę i wylezą mi zdrowe rumieńce :)


Te możliwości kremu, które mogłam na sobie sprawdzić oceniam naprawdę dobrze. Efekty są takie, jakie miały być, używanie jest skuteczne i przyjemne. Na dzień dla wielu osób pewnie mógłby być za słaby, ale jako lekki krem na dzień o działaniu również wygładzającym  jest naprawdę idealny. Zwłaszcza, że i cena nie jest wygórowana.

OGÓLNA OCENA: 4+/5

Wszelkie pozostałe informacje znajdzicie najeżdząjąc kursorem na zdjęcie :)

Wibo-Box- wyniki rozdania.

  • 14
Przepraszam, że tyle to trwało, ale jak widzicie- ogólnie mnie tu praktycznie nie ma- nauka nauka nauka. Mam nadzieję, że wrócę w nieługim czasie :)


Tymczasem te kilka drobiazów wylosowało się dla...


Gratuluję i czekam na maila z danymi :)

Podkład o 2-godzinnej trwałości.

  • 23
Jak wiecie z bloga, choć w sumie chyba raczej z Facebook'a, bo to tam zasypuje Was zwierzeniami, absolutnie zakochana jestem ostatnimi czasy w mineralnej kolorówce i do zwykłych podkładów nie mam zamiaru wracać. Moja cera to lubi i odwdzięcza mi się za te lżejsze przyjemności lepszą kondycją. Niemniej jednak jakiś czas temu dostałam podkład Hean. Ot, zwykły fluid. Lubię lakiery Hean, tusz Black Elixir to jeden z moich najulubieńszych, mam też całkiem przyjemną, cudnie napigmentowaną trójeczkę cieni tej marki. Czemu by nie spróbować podkładu? Gdzieś na FB była mała akcja testowania nowego kosmetyku, kliknęłam się, zgłosiłam, co mi tam, i tym sposobem po jakimś czasie mazidełko tapetowe w wybranym przeze mnie odcieniu wylądowało w kosmetycznej mej szafeczce.

HEAN PODKŁAD WYGŁADZAJĄCY STUDIO LIFT

OPAKOWANIE: zwykła miękka tubka z zakretką. Całość przypomina mi trochę już istniejące podkłady którejś z tanich polskich marek dostępnych w Rossmannie, acz nie przypomnę sobie, której. Soraya?
KOLOR: no poszalałam trochę, skusiałam sie na odcień medium beige czyli prawie że najciemniejszy. Miałam pewne obawy, ale później okazało się, że to nie kolor jest tu największym problemem. Ten całkiem przyjemnie dopasował się do mojej kapryśnej pod tym względem buzi i nie odcinał się nigdzie zbytnio. Do ideału mu daleko, ale jest całkiem nieźle. Nie jest zbyt brązowy ani zbyt pomarańczowy. Ogólnie producent oferuje 5 odcieni, ale Dziewczyny o prawdziwie porcelanowej cerze raczej nie znajdą tu nic dla siebie (choć pewnie po mojej recenzji wcale nie będą chciały).
ZAPACH: coś czuć, nawet takiego świeżawego, ale nie jest to rzecz, która zapada w pamięć. Nie przeszkadza kompletnie, zmysłów też nie rozpala. Musiałam specjalnie wąchać, żeby sobie przypomnieć.
KONSYSTENCJA: podkład jest dość gęsty, treściwy, kremowy. Krycie rzeczywiście daje od średniego do troszkę mocniejszego. W moim przypadku, nawet przy nieco gorszym stanie cery, korektor był w zasadzie zbędny. Niemniej dla mnie konsystencja już za ciężka. Nie lubię czuć, że mocno coś sobie smaruję po twarzy. Mimo że nie robi efektu maski, w przypadku takich podkładów po prostu czuję go i mam wrażenie prawdziwej tapety, która zasłania moją gębę. 
Tak cytując bezmakijażową koleżankę, która dawno temu  dłońmi w białych rękawiczkach postanowiła ukochać moją buzię: "Gdzie jest Kasia?!", kiedy odkryła  na tychże białych naręcznych opończach ślady podkładu.



EFEKTY: Jak wspomniałam wyżej, podkład dobrze kryje, nie matuje cery na maxa, ale buzia wygląda naprawdę ładnie. Rzeczywiście gładko i promiennie. Mamy tutaj jakieś tam czynniki, które mają nam wpływać na zmarchy, napinać skórę, kwas hialuronowy, proteiny pszeniczne, no ale kurcze, wiadomo, że bruzd na czole nie spłyci, nikt chyba w to nie wierzy. Wygładzenie moim zdaniem opiera się tutaj na konsystencji, która przydaje skórze równej powierzchni i po prostu na rozświetleniu. 

No właśnie. Nawet nie wiecie, jak się przeraziłam, kiedy nałożyłam go pierwszy raz. 
Działo się to przy sztucznym świetle, wieczorem, wczesna wiosna, szybko robi się ciemno. Podkład nakładam normalnie paluchami. Tak sobie smaruję i smaruję.
Patrzę na buzię- no jest ok. 
Patrzę na dłonie- no nie jest ok. Dlaczego moje łapy są srebrne?! 
Jeszcze raz patrzę na gębę- gęba srebrna nie jest. O co chodzi?
Nie wiem. W normalnym śwtietle moje na pół ślepe oczy nie dostrzegają żadnych większych drobinek ani nic. Wygląda na to, że wyniku smarowania buzi po prostu samo to srebrne rozświetlenie zostaje na dłoniach. No nie potrafię tego wytłumaczyć.

Tak w zasadzie to nie wiem też, czy coś jeszcze mogę powiedzieć na temat tego podkładu i jego właściwości, bo niestety nie było mi dane ich poznać. 
Przyczynę poznałyście juz w momencie zobaczenia tytułu. 
Nie mam pojęcia w czym cała zabawa, ale po super  krókim czasie ten podkład z mojej twarzy po prostu się ściera. Czy nawilża? Czy odżywia? Nie wiem. W moim przypadku kompletnie nie nadaje się do noszenia na codzień. Oczekuję od podkładów dorego wyglądu no co najmniej przez te 8h. Z Everyday Minerals obecnie spokojnie ciągnę ponad 10h i jest super, a to znika. Nie mam aż tak tłustej cery, żeby wszystko miało to spłynąć z sebum czy jakoś nie wiem, psuć przyczepność kosmetyku do skóry. Na pewno nie ma też na to wpływu to, że nie mam góry zmarszczek, które trzeba by nim wygłądzić. Na mnie to nie leży. Szkoda. 
Na plus filtr- wprawdzie tylko 10 SPF, ale zawsze.

OGÓLNA OCENA: 0/5

Nawet się rozpisałam dzisiaj, ale wracam do nauki, trzymajcie kciuki za nadchodzace egzaminy :*

Lakier, który kocham.

  • 43
Fiolety na paznokciach uwielbiam. Ale sięgam raczej po te intensywne, ciemne, śliwkowe czy fiołkowe. Po jaśniutkie pastele raczej nie. Tfu, co ja gadam. Nigdy takiego nawet nie miałam. Przybył jednak do mnie taki w Wibo-Boxie. Przyznaję- od razu wpadł mi w oko (jak i kilka innych), ale wiecie, nie był tym nr 1. W sumie nie wiem teraz już, który podobał mi się najbardziej...
Tak czy siak, sięgnęłam po niego przedwczoraj i od tej pory nie mogę przestać patrzec na swoje dłonie. Jestem absolutnie zakochana w tym, jak pięknie wyglądają i zachwycona samym lakierem.

Lovely Gloss Like Gel nr 128 to pastelowy, jaśniutki fiolet. W buteleczce wygląda bardzo kremowo, nie nastawiałam się na bardzo żelowe wykończenie, zwłaszcza, że lakiery z tej serii, po które sięgałam wcześniej, miały masę drobinek. Tutaj kolor jest czyściutki i zadziwiająco lekki, przejrzysty. W zasadzie do pełnego krycia wystarcza jedna warstwa. Lakier szybko wysycha i ma fenomenalny połysk! Konsystencja w sam raz, nie za rzadki nie za gęsty. Dość szeroki pędzelek.

Zdjęcia do dzisiejszej notki zrobiłam w promieniach pięknego słońca (nareszcie, od tygodnia!). W cieniu, czy sztucznym świetle mocno przebijają szare tony, dodając mu chyba jeszcze subtelności.



Baaaaardzo Wam polecam te odświeżone lakiery Lovely. Gama kolorów jest ogromna, różne wykończenia, a wygladają, używają się i trzymają naprawdę fantastycznie. Osobiście jestem zafascynowana i po raz pierwszy mam ochotę codziennie na wypróbowanie innego lakieru. Choć  w sumie ten fiolecik trzymałabym non stop :D Zreszta, wystaczy wejść na facebook'a zeby zobaczyć moje podjaranie :D

Bonusowo słabe zdjecia, ale widać połysk, szarości i do tego zdjęcie miłosne :D


Jak dobrać czerwoną szminkę?

  • 48
Nie robię z siebie eksperta (i mam nadzieję, że nikt mnie za takiego nie uważa, bo przegrałby zycie:p) i nie będę tu świecić wiedzą i doświadczeniem. Zwłaszcza, że sama do odcienia czerwonej szminki nie przywiązuję zbytniej wagi, co świetnie widać na blogu- od jasnych i ciepłych, po ciemniejsze i chłodne. Błyszczące, z drobinkami, satynowe i matowe. Wielbię wszystkie, po prostu. W każdej też czuję się świetnie. Fakt, po te ciemniejsze sięgam zdecydowanie rzadziej- mimo całego mojego czerwonego liberalizmu jednak wydają mi sie zbyt eleganckie i wystawne na codzień, zbyt zmysłowe i wampowe. Nikt jednak do tej pory nie powiedział mi, żebym w którymś z odcieni źle wyglądała. Jeśli to zauważyłyście- piszcie :D


Często jednak dostaję pytania o to, jak znaleźć odpowiedni odcień, a w komentarzach od Was czytam zawsze multum utyskiwań na temat poszukiwań, zazwyczaj nędznych i nieudanych. Zuzia zapytała o to znowu ostatnio i postanowiłam w końcu wrzucić tutaj parę słów na ten temat. Jak wspomniałam wyżej, i co chcę podkreślić, nie będę Wam tu radzić sama. Nie jestem wizażystką, mój makijaż jest minimalny, sama tak w zasadzie, dzięki poprawie cery, odkrywam make-up'owe tajniki i szczytem bezczelności byłoby gdybym tu i teraz zaczęła jakieś wywody.

Przypomniało mi się jednak, że jakiś czas temu w Wysokich Obcasach pojawił się artykuł na temat czerwonej szminki (dziękuję Karolinie za udostępnienie ;). Dużo o historii, symbolice bla bla bla i fragment właśnie na temat co komu pasuje. I właśnie ten fragmencik postanowiłam Wam zacytować, opatrzając je jakimś tam swoim komentarzem.

Dariusz Kotarski, makijażysta Estee Lauder:
"(...) czerwona szminka jest dobrym kolorem dla każdej kobiety, niezależnie od wieku (dla bezpieczeństwa można zacząć od słabo nasyconych odcieni). Odcień dobiera się do karnacji skóry. Przy jasnej, porcelanowej sprawdzą się pomadki o zimnych odcieniach (mają więcej niebieskiego pigmentu). Z cerami lekko opalonymi (to ja) i różowymi (a także naczynkowymi) lepiej korespondują szminki w cieplejszych odcieniach (z dominującym żółtym pigmentem). Matowe szminki są dla kobiet o pełniejszych ustach (albo chociaż w połowie, jak u mnie :p). Na mniejsze lepiej nakładać pomadki z połyskiem, ponieważ powiększają optycznie usta."

Sergiusz Osmański, wizażysta i dyrektor artystyczny Sephora w Polsce:
"(... ) czerwień na ustach może nosić kobieta, ale im jest starsza, tym bardziej kolor powienien być nasycony pigmentem i bardziej matowy. Błysk jest dobry dla nastolatki (eeee tam :p), satynowa lub matowa czerwień (kolor wina)- dla kobiety po pięćdziesiątce (eeee tam po raz drugi :p ). Koralowa i pomidorowa czerwień (z nutą oranżu) może powodować optyczne zżółcenie zębów., dlatego bezpieczna jest ta z niebieską poświatą, zimna, klasyczna, tzw. chanelowska."

Claude Defresne, makijażysta Clarins:
"(...) nie każda kobieta może używać czerwonej szminki. (a to psikus!) Ważne są odważny charakter i silna osobowość, które będą korespondowały z takim makijażem. Trzeba także mieć niezbyt małe usta. Klasyczne czerwienie wyglądają rewelacyjnie u brunetek (no raczej :D). Blondynkom i rudowłosym służą ciepłe czerwienie  z domieszką miedzi, brązu i pomarańczowych pigmentów."

Jak widzicie pewne sprzeczności pojawiają się już w tym małym fragmencie tekstu
Chcąc posiłkować się w tym wpisie czymś poza Wysokimi Obcasami, postanowiłam poczytać co na ten temat ma do powiedzenia internet. No i ech.. szybko zrezygnowałam. O ile są kwestie, które się powtarzają, to i jest masa sprzeczności. Nie dziwię się więc, że wiele osób, chcąc kierować sie podobnymi wytycznymi ostatecznie musi się poddać. Nie dość, że naturalne mieszanki urodowe są skrajnie różne, to ile jest przeciez osób, które farbują włosy na przykład? A to już wiele zmienia.


Ja przy wyborze kieruję się tylko i wyłącznie odczuciami zmysłowymi, jak mi się kolor podoba, to biorę i już. Albo nie biorę, bo na przykład jest drogo, o. Taka Lady Danger z MACa śni mi się po nocach, no aleeee jednak nie :p
Czy mogę powiedzieć, że ma to jakiś związek z moim charakterem? No niekoniecznie. Średnio ze mnie przebojowa  i pewna siebie babka, ale wiem, że masa osób mnie za taką postrzega. I makijaż ma tu pewnie dużo na rzeczy, bo w tej kwestii jeśli chodzi o odwagę, to ją akurat mam. Na pewno chciałabym być dużo silniejszą osobowością, a dzięki czerwonym ustom mam łatwiej, bo przynajmniej część społeczeństwa mnie za taką uważa :D

No i oczywiście: na kolor patrzymy w świetle dziennym i na ustach, na ksóze kolor wypada zupełnie inaczej :)

........................

Jak nakładać czerwoną szminkę?
Jeśli o mnie chodzi: smaruję środek dolnej wargi, zaciskam usta tak, aby kolor odbił się na górnej i resztę uzupełniam kolorem. A uzupełniać mam co, bo górną wargę mam niestety krótszą niż dolną i dla symetrii musze sobie kawałek dorobić :) Stąd moja miłość do mocnych, kryjących kolorów- z nimi taka robota jest prosta.
W zasadzie powinno się używać konturówki, bo ważna tu jest precyzja i perfekcja, ale póki co sobie tę kwestę odpuszczam, acz noszę się z zamiarem kupna. (oczywiście na jednej się nie skończy....)

W artykule jest jednak i o nakładaniu mowa, więc i to przytoczę:

"Sposobów nakładania szminki jest wiele. W przypadku czerwieni makijażyści są zgodni: konturówka jest niezbędna, by stworzyć idealny zarys ust. W tym sezonie kredka musi być w takim odcieniu jak szminka. Darek Kotarski radzi, aby nakładać ją precyzyjnie na kontur ust, później wypełnić je do połowy i rozetrzeć palcem. Usta nie powinny być popękane, ale ważne, by nie aplikować balsamu natłuszczającego tuż przed nałożeniem szminki - użycie go wcześniej zwiększa trwałość makijażu. Malując usta, można posłużyć się pędzelkiem lub palcem. Ten drugi sposób przydaje się, gdy kolor ma być mniej intensywny.

Sergiusz Osmański obrysowuje konturówką zarys ust i wypełnia je w całości szminką. Trwałość makijażu przedłuża odciśnięcie chusteczką nadmiaru szminki po pierwszej aplikacji, nałożeniu kolejnej warstwy, a następnie przypudrowanie warg przez cienką warstwę chusteczki. Zdaniem Osmańskiego górny obrys ust należy wykonywać ruchem wznoszącym (to muszę wykorzystać, nie wiem, czemu robię na odwrót :p)  - od zewnętrznego kącika ust ku łukowi Kupidyna, co ładnie zaokrągla krawędź warg. Jeśli rysujemy odwrotnie, kontur często optycznie ''siada''. Dół maluje się w dowolny sposób. 

Claude Defresne używa konturówki, by usta wyglądały na pełniejsze, jednak linia nią malowana ma zniknąć pod pomadką. Szminkę nakłada na pędzelek i wypełnia nią usta, zaczynając od zewnętrznego kącika, wzdłuż górnej linii warg, a potem całe - do środka.

Inny sposób polega na nałożeniu szminki na środek ust i roztarciu jej na górnej i dolnej wardze w obrębie linii wyznaczonej konturówką. "

(źródło: Wysokie Obcasy, 22 grudnia 2012, całość tutaj)


Swoich czerwieni, w różnorakich odcieniach, naliczyłam chyba 17. Nie jest to jakaś olbrzymia kolekcja, ale już sprawiająca problemy przy wyborze :D Do tego dochodzą różne wykończenia i skutki są takie, że zawsze dla którejś ze szminek nadchodzi czas urlopu, kiedy leży długo nieużywana, by potem znowu być na ustach cały czas. Chciałam pokazać Wam je wszystkie, ale pogoda jest taka a nie inna, kolory powychodziły mi na zdjęciach koszmarnie przekłamane i ostatecznie zrezygnowałam.

Jak ma się stosunek ceny do jakości?
Jestem raczej oszczędna i mam tanie szminki. Wśród nich mam jednak parę perełek (w tym dwie powyższe tanioszki ze zdjęcia), które w niczym nie ustępują na przykład chanelkom (a te są w tej kategorii naprawdę na wysokim poziomie!). Także pamiętajcie, że jeśli nie stać Was na Chanel albo MACa, to nie oznacza, że nie znajdziecie niczego fajnego! Rimmel, Hean są naprawdę spoko!


Chciałam jeszcze powiedzieć, że niesamowicie cieszy mnie fakt, że na ulicach tak często teraz spotyka się kobiety z czerwonymi ustami, ot tak po prostu, niezależnie od wieku i stroju. Początek artykułu wskazuje, jakoby czerwień na ulicach bvła czymś rzadkim, ale ja absolutnie się z tym nie zgadzam. Nie ma dnia, żebym na wrocławskich ulicach nie spotkała tak wymalowanych ust, nie wspominając o koleżankach, które też widzę tak na codzień. 
Tym bardziej zadziwia mnie fenomen stwierdzenia na temat  "pań lekkich obyczajów". Moim zdaniem nijak się to ma do rzeczywistości i naprawdę nie wiem, co trzeba mieć na twarzy, żeby można było tak stwierdzić. 
Nie wiem, może jestem dziwna, a z prostytucją jednak raczej mi się kojarzą specyficzne ciuchy, a nie czerwona szminka, no bez kitu :D

Wydaje mi się, że jednak w doborze czerwonej szminki najważniejsze pozostaje nasze własne odczucie. Jeśli czujemy się w tym dobrze i z przyjemnością zerkamy do lusterka, to pal licho odcień skóry!


| Dla zainteresowanych technicznymi warunkami doboru koloru: polki.pl:, ibeauty.pl, estyl.pl |

Część moich szminek, zdecydowaną większość, możecie zobaczyć po kliknięciu w obrazek szminkomania :)


Dzielę się Wibo-Boxem. Szybkie rozdanie.

  • 23
Z racji tego, że Wibo-Box okazał sie pokaźną paczką i kilka rzeczy mi się dubluje, postanowiłam się z jedną z Was nimi podzielić. 

Do wygrania jest więc:
tusz Lovely False Lashes (nieotwierany przeze mnie, drugi tusz jest przyjemnie mokry, więc mam nadzieję, że i ten zacznie wysychać później niż niektóre  z tych, które dostajemy w drogerii :/ ), 
lakier Wibo z kolekcji blogerskiej sygnowany przez Jamapi (nr 1 Słoneczny Patrol), 
lakier Lovely z kolekcji Gloss Like Gel nr 101 oraz 
błyszczyk do ust Wibo Lip Sensation z kwasem hialuronowym efekt XXL nr 2. (błyszczyk odrobinę zesłoczowany na dłoni przy prezentacji Wibo-Boxa, zwyciężczyni zdecyduje, czy go chce )

Tusz mam, jest całkiem niezły, a jeden ze swoich błyszczyków też już miałam okazję używać i jestem bardzo miło zaskoczona. Mam nadzieję, że i zwyciężczyni rozdania będzie :)



Warunki:
1. Obowiązkowe: bycie obserwatorem bloga i pozostawienie w formularzu adresu e-mail.
2. Nieobowiązkowe: polubienie Let's Talk Beauty na Facebook'u. (pasek po lewej stronie)
Oczywiście miło będzie jeśli polubice również profil Bądź Piekna z Wibo na Facebook'u (tu).

Rozdanie trwa tylko do niedzieli, 5 maja, do północy.
Zwycięzca klasycznie zostanie wybrany poprzez losowanie i ma 3 dni na podanie danych do wysyłki.
Wysyłka na terenie Polski, na mój koszt.
Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz.U. z 2004 roku Nr 4 poz. 27 z późniejszymi zmianami) 

Wyszoruj się muffinem.

  • 26
Albo orzechowym batonem Góralki.
No ewentualnie Kinder Bueno.
Bo takie właśnie skojarzenia budzi we mnie chyba najbardziej szałowy ostatnio kosmetyk  Farmony, którego posiadaczką miałam szczęście zostać. Peeling szarlotkowy poraził mnie kosmiczną ostrością, ale jest już właściwie zdenkowany. Tego orzechowego też zostały tylko resztki. Poza szafirowym antycellulitem z Yoskine nie mam żadnych ukochanych peelingowych zapasów. No cóż, zapowiadają się zakupy :)

FARMONA ORZECHOWY SCRUB DO MYCIA CIAŁA muffinki orzechowe z karmelem


OPAKOWANIE: klasyczny, plastikowy słoik z zakrętką. Łatwo się w nim grzebie. Wiadomo, każda z nas wolałaby takie dozowniki, żeby pod pazury nie wchodziło, ale jest to jednak ten typ kosmetyku, z którym ciężko by było o coś takiego :) tę środkową babeczkę z etykietki na wierzchu chętnie bym w tym momencie pochłonęła
KOLOR: no cóż, nie oszukujmy się, mimo zapachu scrub nie wygląda zbyt estetycznie :D Jakaś taka kawa z mlekiem, ale czy o kolor tu chodzi? (Zoila mówi, że to pasta rybna, Siouxie, że rozpuszczone lody cappuccino, wybierzcie swoją wersję :D)
ZAPACH: pierwsze kilka dni po otrzymaniu przesyłki od Farmony cały czas łapałam za opakowanie, odkręcałam i wąchałam. Booooooski! Orzechowa nuta, którą zwykle spotykamy w słodyczach jest tu zdecydowanie obecna. Czy tak pachną orzechowe muffinki z karmelem? Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, bo takich akurat nigdy nie miałam okazji spróbować, ale już jak jakiś orzechowy baton pachnie to na pewno. Princessa zielona i te sprawy. Prawdziwy krem orzechowy :)
KONSYSTENCJA: Kosmetyk nie ma zbyt zwartej konsystencji. Jest nawet dość rzadki jak na tego typu produkt, a wszystko dlatego, że nie jest to bajer ani cukrowy ani solny. Tym, co ma nam zdzierać skórę jest sproszkowana łupina orzecha. Mamy tu więc peelingujący proszek, a nie mniejsze czy większe drobinki.


EFEKTY: część z Was na pewno będzie zawiedziona brakiem pokaźnej ilości drobin o równie dużej objętości. Ale muszę przyznać, że te zmielone łupinki są zatopione w orzechowym kremiena tyle mnogo, że naprawdę porządnie ścierają naskórek i masują ciało. Mimo wszystko są ostre, dzięki czemu zostawiają ciało przyjemnie wygładzone, a cała łazienka bucha wypiekami :) Jest to myjący scrub, więc ze dwa razy w tygodniu spokojnie może zastąpić żel pod prysznic. A jest dość wydajny, więc polecam :)

OGÓLNA OCENA: 5/5

Na koniec chciałabym zwrócić uwagę na to, czego może niektóre z Was jeszcze nie zauważyły. Wproawdziłam małą innowację. Od teraz wszelkie informacje na temat produktu, np. opis producenta, czy jakieś moje dodatkowe uwagi, znajdziecie bezpośrednio na zdjęciu. Po najechaniu na nie ukażą się Wam odpowiednie ikonki :)

Po drugie- ze wzgledu na bardzo obraźliwe anonimowe komentarze musiałam zablokować możliwość wypowiadania się użytkownikó anonimowych, ale na pewno tę funkcję niedługo przywrócę.

Tymczasem życzę Wam jak najcieplejszej i jak najbardziej słonecznej majówki, choć z tego co wiem do Wrocławia takowa w tym roku nie zawita. Szkoda. Ja sie biorę za naukę. Buziaki :*

Obserwują