Jakiś czas temu pisałam recenzję balsamu brązującego Eveline. Powiedziałam wtedy, że wolę takie mniej inwazyjne sposoby na bezsłoneczne podkolorowanie skóry. Trochę się jednak od tego czasu zmieniło. Zapach balsamu, pod koniec drugiej tuby z rzędu, używany w zasadzie prawie codziennie, jednak mnie przytłoczył i musiałam go odstawić. na jakiś czas zakolegowałam się z samoopalającą pianką Avon, o której pewnie jeszcze napiszę, bo jest naprawdę sympatyczna. W międzyczasie wygrzebałam też z zapasów tego typu produkt z Daxa, ale tutaj nastąpiła totalna klęska-pianka ani trochę nie zmieniała odcienia mojej skóry. Potem, na pocieszenie wpadły w moje ręce kosmetyki Vita Liberata. I nie wiem, jak teraz będę bez nich funkcjonować!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
