Dziś pierwszy października, czas wracać do studenckiego życia. Tak jakbym nie miała z nim styczności w ostatnich tygodniach za sprawą poprawki... Zajęć oczywiście dziś jeszcze brak, rektor tradycyjnie robi łaskę studentom i ogłasza dzień wolny. Ale jutro już koniec wakacji. A pielęgnacyjnie, muszę przyznać, trochę w te gorące miesiące sobie pobimbałam i brzydko, acz dosadnie mówiąc - zapuściłam się i nawet przytyłam, o! Zdecydowanie nie chciało mi się bawić w skomplikowane rytuały. Nie mam wymagającej skóry (o tak, cellulit lubi jak się od skóry nie wymaga...), więc smarowanie balsamem raz na kilka dni i starci kupnym peelingiem raz na dwa tygodnie załatwiało sprawę. Ok, miałam przygodę z serum antycellulitowym Tołpy, którego to dłuższy czas używałam nader regularnie, ale brak efektów nieco mnie zniechęcił. Nie obyło się też bez krótkich zrywów... yeah! ale motywacja! teraz będę ćwiczyć i się pielęgnować i za kilka miesięcy będę piękna! yeah! ... ale z tzw. silną wolą u mnie raczej słabo, więc pisząc tego posta wpieprzam ciastka. W sierpniu rolę "kupnego peelingu" pełnił ten z Ziai, z serii Rebuild, antycellulitowy, a jakże!
