Koło tego podkładu kręciłam się bardzo, bardzo długo. Wcześniej moim ulubieńcem był True Match od L'Oreala (aktualnie testuję jego nową, ulepszoną formułę) i oczywiście minerały. To właśnie matującą wersję Annabelle Minerals porzuciłam dla podkładu MAC i szczerze mówiąc po tych kilku miesiącach ciężko mi jest przerzucić się z powrotem (pomijając ostatnie upalne dni). Dlaczego?
Ulubieniec z drogerii. L'Oreal True Match.
Używanie podkładów mineralnych nauczyło mnie jednej bardzo ważnej rzeczy - większej uwagi przy wyborze odcienia. Stałam się przez to cholernie wybredna i praktycznie nic mi nie odpowiada pod względem ilości żółtych pigmentów w podkładach, ale już na stałe pożegnałam się ze zbyt różową twarzą. Kupienie naprawdę żółtego podkładu (w moim mniemaniu ;p) to nie lada wyczyn, bo wszystko jest... za mało żółte.
Przy okazji ostatniej dużej promocji w Rossmannie i Superpharmie wymacałam i wypróbowałam na twarzy dosłownie każdy jeden fluid. Łaziłam od drogerii do drogerii z małymi pojemniczkami i żebrałam o odlewki konkretnych odcieni. I tak przez dwa tygodnie niemal codziennie miałam na buzi co innego.
Maybelline, Rimmel - za różowe. Bourjois - prawie prawie, ale za mało żółci, to samo w przypadku Revlona. Max Factor - ciemniejsze odcienie są zbyt brązowe, nie o to mi chodzi.
Od dłuższego czasu chodził mi natomiast po głowie True Match od L'Oreala. Naoglądałam się go strasznie na zagranicznych youtubach, podobała mi się kolorystyka. U nas opinie są mooocno podzielone, ale L'Oreal to jedyna marka, która odpowiada mi nasyceniem żółci. Nie jest to tak idealna dawka jak w minerałach (najlepszą żółć miałam od EDM i Annabelle), ale wśród drogeryjnych specyfików nie ma nic lepszego (na wysokopółkowce nawet jeszcze nie patrzę, bo to na razie nie na moja kieszeń). Ostatecznie wybrałam odcień D4 W4 Golden Natural.
Przy okazji ostatniej dużej promocji w Rossmannie i Superpharmie wymacałam i wypróbowałam na twarzy dosłownie każdy jeden fluid. Łaziłam od drogerii do drogerii z małymi pojemniczkami i żebrałam o odlewki konkretnych odcieni. I tak przez dwa tygodnie niemal codziennie miałam na buzi co innego.
Maybelline, Rimmel - za różowe. Bourjois - prawie prawie, ale za mało żółci, to samo w przypadku Revlona. Max Factor - ciemniejsze odcienie są zbyt brązowe, nie o to mi chodzi.
Od dłuższego czasu chodził mi natomiast po głowie True Match od L'Oreala. Naoglądałam się go strasznie na zagranicznych youtubach, podobała mi się kolorystyka. U nas opinie są mooocno podzielone, ale L'Oreal to jedyna marka, która odpowiada mi nasyceniem żółci. Nie jest to tak idealna dawka jak w minerałach (najlepszą żółć miałam od EDM i Annabelle), ale wśród drogeryjnych specyfików nie ma nic lepszego (na wysokopółkowce nawet jeszcze nie patrzę, bo to na razie nie na moja kieszeń). Ostatecznie wybrałam odcień D4 W4 Golden Natural.
Amilie- mineralny podkład i zielony korektor
Na skórę twarzy nie nakładam obecnie niczego, co nie jest mineralne. Ach, ok, puder mam zwykły, ale prawie go nie używam. Mineralny podkład, mineralny bronzer, mineralny róż, mineralne korektory. Cienie też mam w zasadzie tylko mineralne. Tak na wszelki wypadek, gdybym nabrała ochoty na malunek oka. Zaczęło się od Lily Lolo i Everyday Minerals (moje najukochańsze). Sławnych naszych Anabelle jeszcze o dziwo nie próbowałam. Mam wprawdzie jakieś małe słoiczki testerów, ale kolory są bardzo jasne, kompletnie nie dla mnie i nawet nie ciągnęło mnie żeby sprawdzić to legendarne krycie. Zwłaszcza, że jakoś ostatnio za mocnym kryciem nie przepadam.
Podkład o 2-godzinnej trwałości.
Jak wiecie z bloga, choć w sumie chyba raczej z Facebook'a, bo to tam zasypuje Was zwierzeniami, absolutnie zakochana jestem ostatnimi czasy w mineralnej kolorówce i do zwykłych podkładów nie mam zamiaru wracać. Moja cera to lubi i odwdzięcza mi się za te lżejsze przyjemności lepszą kondycją. Niemniej jednak jakiś czas temu dostałam podkład Hean. Ot, zwykły fluid. Lubię lakiery Hean, tusz Black Elixir to jeden z moich najulubieńszych, mam też całkiem przyjemną, cudnie napigmentowaną trójeczkę cieni tej marki. Czemu by nie spróbować podkładu? Gdzieś na FB była mała akcja testowania nowego kosmetyku, kliknęłam się, zgłosiłam, co mi tam, i tym sposobem po jakimś czasie mazidełko tapetowe w wybranym przeze mnie odcieniu wylądowało w kosmetycznej mej szafeczce.
HEAN PODKŁAD WYGŁADZAJĄCY STUDIO LIFT
OPAKOWANIE: zwykła miękka tubka z zakretką. Całość przypomina mi trochę już istniejące podkłady którejś z tanich polskich marek dostępnych w Rossmannie, acz nie przypomnę sobie, której. Soraya?
KOLOR: no poszalałam trochę, skusiałam sie na odcień medium beige czyli prawie że najciemniejszy. Miałam pewne obawy, ale później okazało się, że to nie kolor jest tu największym problemem. Ten całkiem przyjemnie dopasował się do mojej kapryśnej pod tym względem buzi i nie odcinał się nigdzie zbytnio. Do ideału mu daleko, ale jest całkiem nieźle. Nie jest zbyt brązowy ani zbyt pomarańczowy. Ogólnie producent oferuje 5 odcieni, ale Dziewczyny o prawdziwie porcelanowej cerze raczej nie znajdą tu nic dla siebie (choć pewnie po mojej recenzji wcale nie będą chciały).
ZAPACH: coś czuć, nawet takiego świeżawego, ale nie jest to rzecz, która zapada w pamięć. Nie przeszkadza kompletnie, zmysłów też nie rozpala. Musiałam specjalnie wąchać, żeby sobie przypomnieć.
KONSYSTENCJA: podkład jest dość gęsty, treściwy, kremowy. Krycie rzeczywiście daje od średniego do troszkę mocniejszego. W moim przypadku, nawet przy nieco gorszym stanie cery, korektor był w zasadzie zbędny. Niemniej dla mnie konsystencja już za ciężka. Nie lubię czuć, że mocno coś sobie smaruję po twarzy. Mimo że nie robi efektu maski, w przypadku takich podkładów po prostu czuję go i mam wrażenie prawdziwej tapety, która zasłania moją gębę.
Tak cytując bezmakijażową koleżankę, która dawno temu dłońmi w białych rękawiczkach postanowiła ukochać moją buzię: "Gdzie jest Kasia?!", kiedy odkryła na tychże białych naręcznych opończach ślady podkładu.
EFEKTY: Jak wspomniałam wyżej, podkład dobrze kryje, nie matuje cery na maxa, ale buzia wygląda naprawdę ładnie. Rzeczywiście gładko i promiennie. Mamy tutaj jakieś tam czynniki, które mają nam wpływać na zmarchy, napinać skórę, kwas hialuronowy, proteiny pszeniczne, no ale kurcze, wiadomo, że bruzd na czole nie spłyci, nikt chyba w to nie wierzy. Wygładzenie moim zdaniem opiera się tutaj na konsystencji, która przydaje skórze równej powierzchni i po prostu na rozświetleniu.
No właśnie. Nawet nie wiecie, jak się przeraziłam, kiedy nałożyłam go pierwszy raz.
Działo się to przy sztucznym świetle, wieczorem, wczesna wiosna, szybko robi się ciemno. Podkład nakładam normalnie paluchami. Tak sobie smaruję i smaruję.
Patrzę na buzię- no jest ok.
Patrzę na dłonie- no nie jest ok. Dlaczego moje łapy są srebrne?!
Jeszcze raz patrzę na gębę- gęba srebrna nie jest. O co chodzi?
Nie wiem. W normalnym śwtietle moje na pół ślepe oczy nie dostrzegają żadnych większych drobinek ani nic. Wygląda na to, że wyniku smarowania buzi po prostu samo to srebrne rozświetlenie zostaje na dłoniach. No nie potrafię tego wytłumaczyć.
Tak w zasadzie to nie wiem też, czy coś jeszcze mogę powiedzieć na temat tego podkładu i jego właściwości, bo niestety nie było mi dane ich poznać.
Przyczynę poznałyście juz w momencie zobaczenia tytułu.
Nie mam pojęcia w czym cała zabawa, ale po super krókim czasie ten podkład z mojej twarzy po prostu się ściera. Czy nawilża? Czy odżywia? Nie wiem. W moim przypadku kompletnie nie nadaje się do noszenia na codzień. Oczekuję od podkładów dorego wyglądu no co najmniej przez te 8h. Z Everyday Minerals obecnie spokojnie ciągnę ponad 10h i jest super, a to znika. Nie mam aż tak tłustej cery, żeby wszystko miało to spłynąć z sebum czy jakoś nie wiem, psuć przyczepność kosmetyku do skóry. Na pewno nie ma też na to wpływu to, że nie mam góry zmarszczek, które trzeba by nim wygłądzić. Na mnie to nie leży. Szkoda.
Na plus filtr- wprawdzie tylko 10 SPF, ale zawsze.
OGÓLNA OCENA: 0/5
Nawet się rozpisałam dzisiaj, ale wracam do nauki, trzymajcie kciuki za nadchodzace egzaminy :*
I ♥ Lumene
Jest niedzielne popołudnie. Zamiast pisać pracę, postanowiłam napisać posta. No muszę zmienić okno Worda na coś bardziej przyjaznego. Ot, napiszę notkę na zapas. Na jutro. To znaczy dzisiaj. :D
Zbliżają się walentynki, przybywam więc rozsiać nieco miłości. Tak tak, trochę wczesnej komercji.
A że obiektem westchnień jest mazidło... cóż. zrobić.
Jak się ma w życiu farta, to nawet podkład predystynujący do miana ideału pojawia się całkiem przez przypadek. W tej kwestii przypadkiem jest kochana Marti, która na ostatnich wrocławskich ploteczkach ot tak przekazała mi podkład Lumene. Bo i za ciemny i nie ten rodzaj cery. To nic, że dzień wcześniej uzupełniłam zapasy. Trzymałam się dzielnie, żeby nie otwierać, ale ciekawość zwyciężyła, a fluid z prędkością błyskawicy zepchnął wszystkie inne i pcha mi się w ręce każdego ranka.
LUMENE TRIPLE STAY MAKEUP długotrwały podkład matujący, cera mieszana i tłusta
Producent:
Długotrwały podkład matujący. Przeznaczony dla cery mieszanej i tłustej. Beztłuszczowy podkład skutecznie wyrównuje niedoskonałości cery i matuje. Długotrwała, kryjąca formuła zapewnia skórze idealny wygląd przez cały dzień. Wyciąg z maliny moroszki dodatkowo chroni przed czynnikami zewnętrznymi i przedwczesnym starzeniem się naskórka. Pigmenty zawarte w podkładzie minimalizują widoczność otwartych porów. Produkt nie zawiera parabenów i olejków.
(źródło: ladymakeup.pl))
OPAKOWANIE: taka sobie tubka ze średnio miękkiego plastiku, Zdecydowanie będzie do rozcięcia, co jest niestety mocno na minus. Opakowanie jest bardzo proste, ale w sumie całkiem w tej prostocie ładne. Tubka zakończona jest cienką końcówką już z solidnego plastiku. Całość zakręcana.
KOLOR: posiadam odcień numer 3 Perfect Beige- ciemniejszy, z pięknymi żółtymi tonami (na zdjęciu wyszedł pomarańczowawy, ale nie ma z pomarańczem nic wspólnego). Dla mnie jest idealny. Większość podkładów okazuje się zbyt różowa. Ten świetnie dopasowuje się do skóry i tylko ociupinkę ciemnieje pod koniec dnia.
ZAPACH: piękny, lekko perfumowy. Zdecydowanie uprzyjemnia aplikację. Co za miłą odmiana po śmierdzącym MF!
KONSYSTENCJA: fluid jest dość gęsty, lekko żelowy. Jednocześnie aksamitny i gładki. Bardzo mi się podoba. Nie zastyga szybko na twarzy, świetnie się rozprowadza i nie robi mazów. Po aplikacji pozostaje lekko lepki. Nie ma pudrowego, gładkiego wykończenia, ale dla mnie to nie jest problem.
EFEKTY: Podkład pięknie wyrównuje koloryt skóry i niesamowicie optycznie ją wygładza. Uwielbiam te pierwsze kilka godzin po zrobieniu makijażu, nie mogę się wtedy napatrzeć na okolice swojego nosa, bo to tam najbardziej ujawniają się w moim przypadku rozszerzone pory. Skóra wygląda bardzo zdrowo, świetliście. Właśnie, przecież to podkład matujący! No i owszem, matuje, ale w sposób niesamowicie naturalny. Możemy pożegnać płaski efekt. Krycie oceniam na wyżej niż średnie, naprawdę bardzo fajne. Korektorem zasłaniam tylko wielkie syfiaste niespodzianki, reszty nie ma po prostu. Zaletą podkładu ma być trwałość i również w tym względzie sprawdza się to u mnie świetnie. Wieczorem widzę jedynie obwódkę ubytku wokół ust. Nie wymaga poprawek w ciągu dnia. Po południu skóra traci na tej gładkości z rana, ale podkład wciąż jest na miejscu.
Poj./ Cena: standardowe 30 ml kosztuje 30- 40 zł
Podkład uwiódł mnie chyba przede wszystkim kolorem, który na mojej twarzy wygląda naturalnie, a to ciężkie zadanie. Do tego piękne optyczne wygładzenie, porządna trwałość i jestem jego, zdecydowanie :)
OGÓLNA OCENA: 5/5
Ten podkład robi chyba ostatnio furorę w internetach, wszyscy chcą go wypróbować. Ja polecam. A Wy próbowałyście? Czego obecnie używacie?
Max Factor podkład Facefinity All Day Flawless
Na zimę mam dwa podkłady. Sama, celowo zaopatrzyłam się w nowy podkład Max Factora. Podkład Lumene trafił do mnie w zasadzie przypadkowo, oddała mi go Marti.
All Day Flawless od premiery zbierał rewelacyjne recenzje. Ale w sumie w przypadku większości produktów tak jest. Coś wchodzi do sprzedaży, jest wielki łał szał, ale zajebistość, po czym z biegiem czasu emocje spadają i nagle na jaw wychodzą wady produktu. W sumie jeśli okaże się, że nie jest tak miło, to jeszcze nic, gorzej jak nas zapcha i wysypie po miesiącu używania...
MAX FACTOR FACEFINITY ALL DAY FLAWLESS 3 IN 1
OPAKOWANIE: ładna, zgrabna, szklana butelka. Z pompką. Co najlepsze- pompka się blokuje poprzez przekręcenie, więc jakakolwiek inna możliwość wydobycia się podkładu z butelki niż jej rozbicie nie wchodzi w grę. Bardzo wszystko sprawne i przyjemne.
KOLOR: osobiście zostałam "zmuszona" do kupienia najciemniejszego dostępnego w Rossmannie koloru, czyli Bronze 80. Prawie najciemniejszy odcień był zaskakująco dużo jaśniejszy i miał pełno różowości, przez co od razu musiałam go skreślić. mój odcień, mimo przeraźliwej myśli, że to "najciemniejszy" wydawał mi się w drogerii idealny. Tak też myślałam przez kilka pierwszych dni, ale musiałam zmienić zdanie. Ostatecznie jest ociupinkę za ciemny. W sztucznym świetle wygląda świetnie, ale w naturalnym już nie bardzo.
ZAPACH: jestem niemiło zaskoczona, bo ten podkład po prostu śmierdzi. Ma brzydki chemiczny zapach, ale nie taki a'la perfumy, tylko takie niemiłe dla nosa c o ś. Nie sądziłam, że trafię jeszcze na tak nieprzyjemny w tej kwestii kosmetyk do twarzy...
KONSYSTENCJA: klasyczny płynny podkład. Fajnie się rozprowadza, nie stygnie na twarzy, więc i nie smuży.
EFEKTY: cały bajer tego fluidu ma leżeć w tym, że łączy w sobie bazę, korektor i podkład. Z funkcji bazy wywiązuje się fajnie- ładnie wygładza buzię, maskuje rozszerzone pory. Gorzej z korektorem. Rozumiem, że chodzi tutaj o funkcję krycia, a to jest mocno średnie. Przy klasycznej, cienkiej warstwie zamaskowane są jedynie mniejsze niedoskonałości. Reszta albo do pokrycia grubszą warstwą, czego nie lubię, albo klasycznym korektorem.
Co do reszty, całość nazwać można podkładem- efekt na twarzy jest naprawdę przyjemny. Cera jest wygładzona, jednolita, lekko pudrowo zmatowiona, bez efektu maski i płaskości. Nie waży się, dobrze sobie radzi ze zmianami temperatury i wilgotności powietrza, ale nie jest zbyt trwały. Mało który podkład poradzi sobie z ciągłym smarkaniem w chusteczkę, ale śladów na bibułce matującej mógłby nie zostawiać, a to robi. Ściera się również wokół ust, czego nienawidzę.
Podkład jest ok, ale nie aż tak, jak o tym było głośno (w czym przyznaję, też brałam udział). Osobiście na pewno nie dałabym za niego ponad 50 zł, promocyjna cena przy -40% była ok, ale nie więcej.
OGÓLNA OCENA: 4-/5
Dałyście się złapać temu podkładowi? Co sądzicie?
Max Factor i Lumene- moje podkłady na zimę
Nie da się ukryć, że ostatnie dni przyniosły już trochę prawdziwej zimy. Z początkiem grudnia od razu zrobiło się zimniej. Jesienne płaszcze i kurtki trzeba obowiązkowo zmienić na cieplejsze, a wraz ze zmianą pory roku zmieniam też to, co pokrywa moją twarz.
Całe lato i jesień z powodzeniem i wielkim zadowoleniem używałam głównie rozświetlającego podkładu Dr Ireny Eris. Idealnie nadawał się na pełne słońca dni.
Teraz przyszedł czas przede wszystkim na coś bardziej matującego. Miałam zamiar kupić chwalony podkład Under Twenty, ale że nadarzyła się ta fantastyczna promocja w Rossmannie, postanowiłam zmienić plany i zaryzykować z nowym podkładem Max Factor. Los chciał, że dwa dni później dostałam od Marti podkład Lumene. I te dwa właśnie mazidła będą moją bazą w nadchodzących miesiącach.
MAX FACTOR FACEFINITY ALL DAY FLAWLESS 3 IN 1 FOUNDATION
Facefinity All Day Flawless 3 - in - 1 Foundation to wyjątkowy kosmetyk, którego specjalna, potrójna formuła pozwala na zachowanie perfekcyjnej cery przez cały dzień. Jest to płynny podkład, w którego skład wchodzi nie tylko tradycyjny fluid, ale także baza pod makijaż oraz korektor! Jego właściwości pozwalają uzyskać niezwykle trwałe, perfekcyjne wygładzenie.
LUMENE TRIPLE STAY MATT MAKEUP
Przeznaczony dla cery mieszanej i tłustej. Beztłuszczowy podkład skutecznie wyrównuje niedoskonałości cery i matuje. Długotrwała, kryjąca formuła zapewnia skórze idealny wygląd przez cały dzień. Wyciąg z maliny moroszki dodatkowo chroni przed czynnikami zewnętrznymi i przedwczesnym starzeniem się naskórka. pigmenty zawarte w podkładzie minimalizują widoczność otwartych porów. nie zawiera parabenów i olejków.
Max Factor jest bardzo płynny, Lumene gęsty i bardziej treściwy. Oba podkłady genialnie wygładzają- ta cecha rzuca się chyba najbardziej w oczy. Lumene ma świetne krycie, Max Factor, mimo że niby z korektorem, raczej średnie. Lumene dodatkowo powala mnie trwałością.
Który ostatecznie okaże się lepszy? Recenzje za jakiś czas :)
A Wy jakich podkładów używacie zimą? Pora roku w ogóle ma jakieś znaczenie?
Podkład rozświetlający Lirene Shiny Touch
Miałam wrócić w zeszłym tygodniu, ale w sumie pojawiły się tylko 3 posty...
Niestety nie miałam zbyt dobrego połączenie z internetem, a praca na cudzym komputerze jakoś mi nie szła i tak wyszło niefajnie.
Niemniej mam już swojego małego kochanego notebooczka, ze swoimi zdjęciami, stronami itd., więc ruszam pełną parą! :)
Dzisiaj recenzja kolejnego podkładu z Laboratorium Dr Ireny Eris.
Dawno, dawno temu używałam fluidu Lirene City Matt i byłam zadowolona. Równie miło wspominam Lirene Natural Look, czyli połączenie bazy i podkładu. Ostatnio wiele przyjemności doświadczyłam dzięki rozświetlająco- wygładzającemu podkładowi Dr Irena Eris Illu- Sphere.
Dzięki Kosodrzewinie miałam natomiast okazję testować znowu fluid Lirene- tym razem rozświetlający Shiny Touch. Czy utrzymał dobre wrażenie, jakie zrobiły na mnie wcześniejsze kosmetyki? Taaaaaaak! :D
LIRENE FLUID ROZŚWIETLAJĄCY SHINY TOUCH
Producent:
Fluidy SHINY TOUCH z nowatorską recepturą, umożliwiają doskonałe rozświetlenie cery, czyniąc ją promienną i pełna blasku.
Podstawa skuteczności:
• unikalny kompleks HydrablockTM intensywnie nawilża i wygładza skórę
• filtry UVB chronią skórę przed szkodliwym działaniem promieni słonecznych
• zawarte we fluidzie złote drobinki idealnie rozświetlają skórę
Efekt:
Doskonale rozświetlona i promienna cera.
Stosowanie:
Nakładać palcami i równomiernie rozsmarować na twarzy.
(źródło: lirene.pl)
OPAKOWANIE: klasyczna lirenowa plastikowa buteleczka. Z pompka, czyli tak jak lubimy, bo jest praktycznie i higienicznie. Dizajn szału nie robi, ale całość jest leciutka i poręczna. Mimo ciągłego obstukiwania o inne kosmetyki, noszenia w kosmetyczce itp. napisy jeszcze nie zaczynają się ścierać, co mnie trochę w sumie dziwi, bo przy podkładzie Dr Irena Eris, który jest przecież dużo dużo droższy, opakowanie zaczęło się ścierać baaaardzo szybko!
KOLOR: jestem posiadaczką odcienia numer 109, czyli tiramisu. Kolor dla mnie jest idealny- w sam raz na typowo brązową, letnią opaleniznę i tak ciemniejszej już karnacji.
Łącznie możemy wybierać spośród 5 odcieni, gdzie każda z nas myślę znajdzie coś dla siebie, ponieważ fluidy mają różną pigmentację (patrz. zdjęcie niżej)
ZAPACH: "kosmetykowy". Podkładowy. Ani specjalnie ładny, ani też drażniący. Delikatny, nie zwróciłam na niego uwagi, musiałam specjalnie wąchać ;)
KONSYSTENCJA: no cóż, można by rzec, że fluid to fluid ;p dość płynny, ale ma taką fajną żelową gęstość, bardzo mi się podoba. Świetnie się rozprowadza, ale dość szybko "zastyga". Ładnie wtapia się w skórę, nie pozostawia smug. Jest trwały, nie ściera się od byle czego.
EFEKTY: Ten podkład leżakował sobie w kolejce. Nie miałam zamiaru go otwierać, bo i tak mam jeszcze pół butelki Wake Me Up Rimmela, a byłam w trakcie używania Dr Ireny Eris. Ale Irena zaczęła się kończyć, a że pokochałam ją wielką miłością, to stwierdziłam, że w wakacje poużywam sobie tego fluidu z Lirene, a Irenę zostawię na "cięższe" chwile już jesienią, w roku akademickim, kiedy to wychodzić do ludzi trzeba będzie codziennie ;)
"Pech" jednak chciał, że ten fluid... polubiłam jeszcze bardziej niż Irenę! Myślę, że to za sprawą konsystencji. Jest gęstszy i mimo że mam cerę mieszaną w kierunku tłustej rozświetla mnie tylko tam, gdzie jest to mile widziane ;) Twarz po nałożeniu podkładu wygląda przede wszystkim bardzo świeżo. Jest wygładzona i bije od niej przyjemny blask. Obietnica promiennej cery jest absolutnie w 100% spełniona! Nie podkreśla suchych skórek, a kryje średnio, bez korektora się nie obejdzie. Rozświetlające drobinki są w zasadzie złocistym pyłkiem więc absolutnie nie ma mowy o brokatowym efekcie :)
Poj./Cena: 30ml/24 zł
OGÓLNA OCENA: 5/5
Całe życie używałam podkładów matujących, a tu proszę- najlepiej ostatnimi czasy podchodzą mi te rozświetlające. Nie zmienia to faktu, że na nadchodzące chłodniejsze dni mam zamiar wypróbować wychwalany matujący fluid Under Twenty :)
Używacie podkładów "ze stajni" dr Ireny Eris? Który Wam najbardziej przypadł do gustu?
Podkład rozświetlająco- wygładzający Dr Irena Eris
Mazideł do twarzy ci u mnie dostatek ostatnio, co nieco krzywi moje zdanie o sobie samej jako nie-kosmetykoholiczce...
Jednakowoż żadnego z tych kosmetyków nie kupiłam sama...
Podkład Rimmel wygrany, podkład Dr Irena Eris wygrany, podkład Liene wygrany, BB Garniera też wpadł w moje ręce ot tak... Jak dla mnie to naprawdę dużo :D
Powoli trzeba to recenzować. Akurat już długi czas używam podkładu Eris i to o nim dzisiejszy wpis.
DR IRENA ERIS MAKE UP ART ILLU- SPHERE ROZŚWIETLAJĄCO- WYGŁADZAJĄCY PODKŁAD Z PROTEINAMI
Producent: Perfekcyjny makijaż to sztuka, która zaczyna się od doboru idealnego podkładu. Efekt jednolitej i nieskazitelnie gładkiej cery decyduje o efekcie końcowym – to baza doskonałego wyglądu.
Podkład rozświetlający MAKE˙UP ART - Dr Irena Eris idealnie wtapia się w skórę dopasowując się do jej naturalnego kolorytu, maskuje drobne przebarwienia i niedoskonałości zapewniając całodniowe, perfekcyjnie jednolite wykończenie*, bez efektu maski. Zawiera innowacyjną, opatentowaną technologią ILLU˙SPHERE™, która inteligentnie wychwytuje i rozprasza każdy rodzaj światła naturalnego lub sztucznego na powierzchni skóry nadając efekt optycznego wygładzenia zmarszczek, świetlistości i promiennego blasku. Unikalny kompleks lipidowo-proteinowy doskonale pielęgnuje i długotrwale nawilża skórę**.
Rezultat: skóra perfekcyjnie wygładzona i rozświetlona, o jednolitym kolorycie, emanująca swoim naturalnym pięknem. Polecany do skóry normalnej i suchej. Nie zatyka porów.
Testowany dermatologicznie.
Sposób użycia:
Podkład nałożyć równomiernie na oczyszczoną i nawilżoną odpowiednim kremem skórę twarzy.
Badania in vivo Centrum Naukowo-Badawczego Dr Irena Eris:
*efekt jednolitego i naturalnego wykończenia utrzymuje się przez 11 H
**efekt nawilżenia utrzymuje się przez 11 H
Jednakowoż żadnego z tych kosmetyków nie kupiłam sama...
Podkład Rimmel wygrany, podkład Dr Irena Eris wygrany, podkład Liene wygrany, BB Garniera też wpadł w moje ręce ot tak... Jak dla mnie to naprawdę dużo :D
Powoli trzeba to recenzować. Akurat już długi czas używam podkładu Eris i to o nim dzisiejszy wpis.
DR IRENA ERIS MAKE UP ART ILLU- SPHERE ROZŚWIETLAJĄCO- WYGŁADZAJĄCY PODKŁAD Z PROTEINAMI
Producent: Perfekcyjny makijaż to sztuka, która zaczyna się od doboru idealnego podkładu. Efekt jednolitej i nieskazitelnie gładkiej cery decyduje o efekcie końcowym – to baza doskonałego wyglądu.
Podkład rozświetlający MAKE˙UP ART - Dr Irena Eris idealnie wtapia się w skórę dopasowując się do jej naturalnego kolorytu, maskuje drobne przebarwienia i niedoskonałości zapewniając całodniowe, perfekcyjnie jednolite wykończenie*, bez efektu maski. Zawiera innowacyjną, opatentowaną technologią ILLU˙SPHERE™, która inteligentnie wychwytuje i rozprasza każdy rodzaj światła naturalnego lub sztucznego na powierzchni skóry nadając efekt optycznego wygładzenia zmarszczek, świetlistości i promiennego blasku. Unikalny kompleks lipidowo-proteinowy doskonale pielęgnuje i długotrwale nawilża skórę**.
Rezultat: skóra perfekcyjnie wygładzona i rozświetlona, o jednolitym kolorycie, emanująca swoim naturalnym pięknem. Polecany do skóry normalnej i suchej. Nie zatyka porów.
Testowany dermatologicznie.
Sposób użycia:
Podkład nałożyć równomiernie na oczyszczoną i nawilżoną odpowiednim kremem skórę twarzy.
Badania in vivo Centrum Naukowo-Badawczego Dr Irena Eris:
*efekt jednolitego i naturalnego wykończenia utrzymuje się przez 11 H
**efekt nawilżenia utrzymuje się przez 11 H
(źródło: sklep internetowy Dr Irena Eris)
OPAKOWANIE: Pudełeczko, takie jak na zdjęciu powyżej, czyli absolutnie najpiękniejsze, dodatkowo zapakowane w taką nakładkę, która nas informuje, co to za podkład- pierwsze zdjęcie. W pudełeczku onym znajduje się flaszeczka z pompką. Jak widzicie na zdjęciu flaszeczka ma bardzo nietrwałe nadruki...
Poza tym wszystko działa sprawnie i jest ładne.
KOLOR: producent oferuje 3 odcienie: 101 Ivory, 102 Sand (czyli mój) oraz 103 Beige. W konkursie, w którym go wybrałam, byłam... jedyną uczestniczką, bo nikt nie chciał TAK CIEMNEGO podkładu... Ale on, jak widzicie, jest tym średniaczkiem. No ale zdaje sobie sprawę, że większość z Was używa tych najjaśniejszych, ja mam ciemną karnację.
ZAPACH: podkład jest mocno perfumowany. I perfumowany to jest to właściwe słowo. Fluid pachnie intensywnie, jak na tego typu kosmetyk i utrzymuje się to na twarzy jeszcze jakiś czas po nałożeniu. Łapię się do tej pory na tym, że nie wiem, co tak pachnie wokół mnie, a to pyk! podkład. Niemniej naprawdę pachnie bardzo ładnie. Myślę, że mogłabym używać takich perfum.
KONSYSTENCJA: Podkład konsystencją przypomina mi rozświetlacza Wake Me Up z Rimmela. Jest tak samo gładki, ciepły, taki troszkę żelowy... Dobrze się rozprowadza, nie zrobił mi nigdy żadnych smug, ani niczego takiego. Nie zasycha nagle na twarzy.
EFEKTY: Mimo, że podkład jest przeznaczony do cery suchej i normalnej, a jam mieszaniec przecież i trochę się po nim świecę, bardzo się z nim polubiłam. Pasuje mi kolor i konsystencja. Niestety moja cera jest ostatnimi czasy w opłakanym stanie, nie mam pojęcia co się dzieje i w związku z tym nie mam nawet co marzyć o tym, żeby tak super wygładził moją buzię.
A wygładzić potrafi, co widzę w strefie przynosowej, gdzie mam rozsiane rozszerzone pory. Przez kilka godzin od nałożenia stają się całkowicie niewidoczne. Efekt nie utrzymuje się wprawdzie przez obiecane 11 godzin, ale i tak długo. Ogólnie lubię wygląd swojej twarzy z tym podkładem. Koloryt jest wyrównany, jednolity. Krycie fluid daje mocno średnie, ale tez nie jest to jego zadanie. W moim przypadku dobrze współpracuje z pudrem HD od E.L.F'a.
Na twarzy utrzymuje się w zasadzie cały dzień, nie znika nagle z twarzy i podczas demakijażu nigdy nie zdarzyło się tak, że ledwo ubrudziłam wacik. Zdarzało mi się za to stopniować ilość nałożonego kosmetyku i również nigdy nie miałam problemu z efektem.
Nie jest to podkład idealny, ale jest na tyle lekki, że spokojnie nada się na lato.
Cena: 75 zł
Poj.: 30 ml
OGÓLNA OCENA: porządne 4/5 z dużym plusem
W takie upały, jakie pogoda serwuje Nam obecnie pogoda, używacie podkładów, czegoś lżejszego czy w ogóle rezygnujecie z tej części make- up?
♥ Rimmel Wake Me Up- podkład prawie idealny
Mimo że dziś prima aprilis, ten post nie ma w sobie absolutnie nic z żartu.
Producent:
Długo oczekiwany! Podkład, który dotrzymuje Ci kroku w Twoim aktywnym życiu.Rimmel przedstawia nowy podkład Wake Me Up. Pierwszy rozświetlający podkład, który natychmiast obudzi Twoją skórę i sprawi, że będzie promieniała zdrowym blaskiem.
Nie będę kryć miłości, jaką obdarzyłam ten przemiły podkład okraszony soczyście pomarańczową nakrętką.
Kocham go, wielbię i cieszę się, że wygrałam jeszcze drugi egzemplarz w ciemniejszym odcieniu, który zapewne zostawię sobie na lato, jak się nieco opalę.
Obaw miałam co nie miara, wszak moja cera mieszaną jest, a to podkład raz, że w płynie, a moja buzia się z takimi nie lubi zadawać, dwa że rozświetlający, jakby mało mi było blasku własnego, któren bije z mej twarzy od zarania dziejów.
Jednakowoż przystąpmy do recenzji, która, ostrzegam, będzie hymnem pochwalnym.
RIMMEL WAKE ME UP PODKŁAD ROZŚWIETLAJĄCY
Producent:
Długo oczekiwany! Podkład, który dotrzymuje Ci kroku w Twoim aktywnym życiu.Rimmel przedstawia nowy podkład Wake Me Up. Pierwszy rozświetlający podkład, który natychmiast obudzi Twoją skórę i sprawi, że będzie promieniała zdrowym blaskiem.
Obudź swoja cerę! Lekka, delikatna konsystencja ułatwia aplikację podkładu i zapewnia efekt gładkiej cery. Filtr SPF 15 chroni skórę przed promieniami UV, a rozświetlające perełki sprawiają, że cera promienieje. Dzięki formule zawierającej peptydy skóra staje się bardziej elastyczna, a kompleks nawilżający oraz witaminy C i E odżywiają ją i nadają jej zdrowy wygląd. Ty możesz czuć się bez życia, ale Twoja cera nie zdradzi tego! Podkład natychmiast eliminuje oznaki zmęczenia, dzięki czemu skóra jest widocznie odmłodzona. Wake Me Up funkcjonuje tak intensywnie jak Ty – utrzymuje się na skórze do 10 godzin i zapewnia krycie na poziomie średnim do pełnego. Nawet eśli nie przespałaś nocy, nikt się o tym nie dowie.
Odkryj źródło świeżości w butelce – nowy podkład Wake Me Up.
(źródło: rimmellondon.com)
OPAKOWANIE: profilowana, szklana buteleczka ze sporych rozmiarów mocno pomarańczową zakrętką, a raczej zatyczką, bo nic kręcić nie trzeba. Przede wszystkim cudowna pompka, czyli ekonomicznie i higienicznie, bardzo na plus!
KOLOR: ja posiadam odcień 203 true beige, czyli w zasadzie numerek ten sam, co przy podkładzie żelowym. Przyjedzie jeszcze do mnie 300 sand, czyli rzecz jeszcze ciemniejsza, na lato, jak mniemam, będzie idealny.
Odcień jest lekko pomarańczowy, ale na twarzy absolutnie nie robi mi to zbytniej krzywdy, co jest jakimś cudem!
Producent proponuje 6 odcieni, podobnych jak gama innych podkładów marki.
ZAPACH: ładny, nie duszący, nie pudrowy. Przyjemny, nie utrzymuje się na skórze. Towarzyszy jedynie aplikacji.
KONSYSTENCJA: w płynie. O ile match perfection w żelu był zimny, co by z nim nie robić, ten jest cieplutki :) Uwielbiam nakładać ten podkład!! Jestem zwolenniczką nakładania paluchami (nawet mi tu nie wmawiajcie niczego innego, bo to na marne!) i jest taki hmm mięciutki, aksamitny, przyjemnie mizia buzię. Nie spotkałam się jeszcze z czymś takim. Nie jest to zwykły podkład w płynie. Ma trochę żelową konsystencję. Aha, no i te drobinki! Są złote, mikroskopijnej wielkości. Absolutnie zero brokatowego efektu. Żeby je dostrzec na twarzy trzeba się bardzo bardzo uważnie przypatrywać. Daje bardzo delikatną złotą poświatę, nienachalna.
EFEKTY: czyli mój list miłosny :) Jak już wspomniałam, ten podkład przemilusio się nakłada, jest jak jakiś jedwabisty balsam. Świetnie dopasowuje się do koloru cery, milion razy lepiej niż match perfection u mnie, który zresztą miał to robić i robił to bardzo fajnie. Ten jest jeszcze lepszy. Optycznie wygładza nierówności, buzia staje się jednolita, zdrowo wygląda, mimo nie używania przeze mnie korektora, wcale nie wyglądam źle, a ostatnio trochę do ukrycia mam. No właśnie, krycie. Producent mówił o średnim do pełnego. U mnie jest to zdecydowanie na poziomie średnim, ale to dlatego, że akurat mam masakrę na twarzy. Mniejsze niedoskonałości ukrywa doskonale, a nawet jeśli nie, to je jakoś tak czarodziejsko uzdrawia, że nie drażnią oczu :)
Nie ciemnieje na twarzy! Nie robi się pomarańczowy! Nie robi też różowej świnki! :D Dzięki niemu wróciłam do używania różu! Efekt jest niesamowicie świeży i przede wszystkim dla mnie bardzo naturalny. Cyba naprawdę ma coś z tego ukrywania zmęczenia :)
Zazdroszczę Dziewczynom, które mają zdrową cerę, bo wtedy efekt musi być fenomenalny :)
Ale. W temacie już napisałam, iż jest to podkład prawie idealny. Gdzież więc jest sęk zapytacie? Ano, po pewnym czasie wychodzi jednak na jaw nietolerancja mojej skóry dla podkładów w płynie. Mniej więcej co 3 godziny muszę robić poprawki, na zasadzie odciskania tego, co zaczyna się lekko świecić :/
Ale kurcze, to jedyna wada, którą widzę w tym podkładzie, zwłaszcza, że wobec wszystkich zalet jestem mu w stanie wybaczyć i absolutnie nie widzę problemu. Zwłaszcza, że się przy tym nie ściera! Fakt, jak raz mocno zaczęłam smarać w chusteczkę, to trochę podkładu na niej zostało, ale taką próbę ciężko przejść chyba nawet najlepszym podkładom.
Próbowałam na zdjęciach uchwycić ten rozświetlający efekt. Trochę ciemno, ale ta poświata jest chyba widoczna :)
Poj.: 30 ml
Cena: 39 zł, ale promocje promocje! (tudzież konkursy, jak u mnie ;p )
Nanananana kocham go! :D Zdecydowanie najlepszy. Nareszcie nie muszę się martwić ciemnieniem, różowieniem i twarzą w drastycznie innym odcieniu niż dekolt, co było zawsze najbardziej widoczne.
Mój Facet też uważa, że super wygląda, a on zwraca mi zawsze uwagę na takie rzeczy, więc no :D
Absolutnie polecam spróbować!
OGÓLNA OCENA: 4/5 z koroną i kokardką! jaramsię jaramsię jaramsię
Rimmel, podkład w żelu MATCH PERFECTION
Dzisiaj ciąg dalszy moich trafionych zakupów.
Nowy podkład Rimmel, o dość nowatorskiej formule, zbierał dobre recenzje od momentu, kiedy tylko się pojawił. Od razu był więc na celowniku.
Mój ulubieniec (choć w zasadzie już nie) z Catrice zaczął się kończyć, w dodatku pewnego słonecznego dnia zauważyłam, że jednak jest za jasny :/ Nienawidzę dobierać odcienia, tak trudno mi trafić na coś odpowiedniego...
Postanowiłam więc czym prędzej udać się do najbliższego Rossmanna i kupić nowy wynalazek.
Niestety, nie było testerów :/ Przy wyborze bazowałam więc na odcieniach podkładu w płynie z tej samej serii. Mój wybór padł na kolor 203 True Beige. Sam odcień w domu okazał się wielką niespodzianką, ale o tym później.
Przy kasie ucieszyła mnie dodatkowo wiadomość, że wciąż jest przeceniony i zapłaciłam za niego niecałe 20 zł. (no chyba, że w regularnej sprzedaży tak kosztuje...)
Wiem, że wiele z Was jest zainteresowanych tym podkładem, więc zapraszam już na recenzję :)
RIMMEL PODKŁAD W ŻELU MATCH PERFECTION
Producent: Kremowo żelowa konsystencja sprawia, że podkład łatwo się rozprowadza i perfekcyjnie łączy z powierzchnią skóry, tworząc wyjątkowo lekki i trwały makijaż przez cały dzień. Zapewnia piękny kolor cery zaraz po nałożeniu i poprawia jej naturalny koloryt po 4 tygodniach stosowania.
(źródło: rimmellondon.com)
OPAKOWANIE: szklany słoiczek z zakrętką. Szkło jest bardzo grube, nie wiem, na co podkład musiałby spaść, żeby się stłuc. W środku żel chroni dodatkowo biała plastikowa przykrywka z uchwytem. Opakowanie jest solidne i bardzo estetyczne.
ZAPACH: delikatny i przyjemny, kosmetyczny. Nie utrzymuje się na twarzy, da się go wyczuć jedynie podczas aplikacji.
KONSYSTENCJA: no żel, żel jak nic :D Muszę Wam powiedzieć, że bajer niesamowity. Przy nakładaniu na twarz wydaje się być chłodny i mokry. Bardzo szybko się wchłania. Reszta moich spostrzeżeń bardziej się nadaje do omówienia razem z efektami :)
KOLOR: hm dziwna sprawa- producent na stronie oferuje Nam 4 odcienie: True Ivory, Ivory, Soft Beige i Classic Beige. co w tym dziwnego? Mój kolor- True Beige :) W dodatku, z tego, co pamiętam, był też odcień Sand...
EFEKTY: cudeńko! Choć początki tego nie zapowiadały i przez pierwsze kilka sekund miałam wrażenie, że to jednak nie jest to. Dlaczego?
Kiedy pierwszy raz go otworzyłam, moim oczom ukazał się żel w kolorze czystego brązu. Myślę sobie, o oł, to chyba nie był jednak dobry pomysł z takim ciemnym odcieniem! No ale cóż, trzeba spróbować, najwyżej się zmyje. No to pac na twarz i smaruj smaruj.
I w tym momencie zrobiłam wielkie oczy! O.O
Podkład nie dość, że błyskawicznie się wchłonął, to niemal nie było go widać na twarzy! Ale mimo to pięknie wyrównał się koloryt, zmatowił cerę (sic!), nadał pudrowe wykończenie, a skóra w dotyku stała się bardzo gładka. Gdy po chwili znowu spojrzałam w lustro, moja twarz miała już inny odcień- bardzo lekko się przyciemnił, dzięki czemu wyrównał się ze skórą szyi (mam problem z bardzo jasną skórą na twarzy i dość ciemną na ciele, nie mogę więc dobierać odcienia tylko pod kątem odcienia cery, w dodatku moja skóra jest brązowo- żółtawa).
Buzia wyglądała bardzo świeżo, gładko, a ja sama nie czułam niczego na twarzy.
Mam wrażenie, że właśnie dzięki tej konsystencji podkład niemal wnika w skórę- dzięki temu tak dobrze się dopasowuje, My niczego nie czujemy, a makijaż utrzymuje się długo.
Nie ma się co bać ciemnych odcieni, naprawdę ładnie się stapiają i ciężko z tym podkładem przesadzić. Mój Mężczyzna uważa nawet, że mój mógłby być jeszcze ciemniejszy...
Przyjrzałam się z bliska- bardzo ładnie ukrył pory. Skóra ładnie też reaguje na światło, nie jest powłoką na twarzy, z którą nie dzieje się nic.
Makijaż nie ściera się w ciągu dnia (no chyba że go mocniej potrzemy), nie brudzi telefonu, ani (póki co) marynarek i płaszcza mojego Chłopaka :)
Obietnice producenta spełnione w 100%.
Jest jednak jeden mankament: KRYCIE! Przez to właśnie, że tak się wtapia w skórę, bardzo kiepsko kryje. Kiedy użyłam go po raz pierwszy, moja cera usiana była kilkoma małymi pryszczykami i czerwonymi jeszcze śladami po już zagojonych. Nie ukrył ich praktycznie wcale, bez korektora się nie obejdzie.
Teraz moja cera jest w dużo lepszym stanie (błagam, niech tak zostanie!) i już tak tego krycia nie wymagam, ale w tej kwestii nie należy się spodziewać zbyt wiele.
WYDAJNOŚĆ: niby nie trzeba go dużo, żeby wykonać makijaż, ale słoiczki są podejrzane: jak tak patrzę, to jakaś 1/3 opakowania jest pusta... ale może to mój jakiś ferelny.
Poj: 18 ml (podobno)
Cena: zapłaciłam 19. 99 zł
REWELACJA!
Polecam z całego serca, jeśli nie macie większych problemów z cerą. Daje bardzo lekki, świeży makijaż, buzia wygląda zdrowo, jednolicie, i mimo że nikt tego nie obiecuje, całkiem ładnie matowi. Do tego to milusie wykończenie... :) Naprawdę super, najlepszy podkład jakiego używałam, zdecydowanie!
OGÓLNA OCENA: 4/5 z duuużym plusem
Czy Was też już oczarował ten podkład? Skusiła Was ta formuła żelu?
zakochałam się w podkładzie- catrice
No tak, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem (czyli zniknięciem postów i zubożeniem mojego bloga). Co tam moja praca, co tam wszystko.
Trzeba działać dalej i się nie poddawać. Dobry dzień dzisiaj przecież- cały poranek w łóżku z M., na uczelni godziny rektorskie, czyli brak łaciny, tusz do rzęs do odebrania w Rossmannie, piękna pogoda, krótkie spodenki i szpilki nude. Wszystko cacy przecież.
Nawet mój nowy podkład cieszy mnie tak strasznie niezmiernie!
Jednak jeśli ma być mat, to musi być mus. Przynajmniej w moim przypadku.
No i zakochałam się w tym, że łazienkę na 3. piętrze Instytutu Historii Sztuki w celu "przypudrowania noska" odwiedzam nie na każdej przerwie, jak to do tej pory bywało, ale raz, jeden jedyny gdzieś po południu już.
I o tym moim subiektywnym cudeńku chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.
CATRICE, MATT MOUSSE MAKE UP
Airy and light yet ultra-mattifying – the delicate Matt Mousse Make-Up practically melts with your skin to give you a perfect, naturally matt-looking complexion while pores and fine lines become invisible. Suitable for all skin types.
Available in five different shades.
OPAKOWANIE: szklany okrągły słoiczek. Moim zdaniem, takie opakowania są świetne, łatwo wydobyć cały kosmetyk, nie trzeba niczego rozcinać, nic na Nas nie chluśnie niespodziewanie. Nigdy nie mam aż tak długich paznokci, by miało mi to jakoś przeszkadzać w używaniu tego typu kosmetyku, ale słyszałam, że niektórzy na to narzekają.
ZAPACH: pudrowy, delikatny, w porównaniu ze śmierdzącym dermablendem z Vichy (recenzja wkrótce), jest mega.
KOLOR: ja posiadam kolor nr 020- natural beige, kupiony perspektywicznie z myślą o blednącej cerze. Obecnie jeszcze dodaję skórze słońca bronzerem, ale myślę, że za jakiś czas ten kolor będzie już idealny.
Producent oferuje natomiast 5 odcieni:
http://www.catrice.eu/products/face/make-up/detail/product/matt-mousse-make-up-050.html
KONSYSTENCJA: super nadmuchana pianka! miałam kiedyś tego typu mus z maybelline, ale przy nim ten z catrice to mgiełka! Kosmetyk jest bardzo lekki, gładki, świetnie rozprowadza się na twarzy, wnika w skórę idealnie wygładzając wszystkie nierówności i pory. Kiedy popatrzyłam z bardzo bliska na okolice swojego nosa, nie mogłam uwierzyć, że to moje ciało. Nie spotkałam się z czymś takim wcześniej i póki co robi to na mnie ogromne wrażenie. Nie pozostawia żadnych smug, nie podkreśla suchych skórek.
EFEKTY: cudo! Tak jak wspomniałam wyżej- piękna korekta! cera wydaje się aksamitnie gładka. Do tego ten długotrwały mat! No kocham to! Nigdy nic tak dobrze sobie nie poradziło z moją świecącą się facjatą. Naprawdę nic. Mój pierwszy dzień z tym podkładem na twarzy, to było patrzenie z niedowierzaniem w lustro. Do tego całkiem dobrze kryje niedoskonałości, a moja cera zaczyna ostatnio reagować na zmianę pory roku chyba i mam niestety co ukrywać. Bardzo dobrze rozprowadza się na nim wszelkie róże i bronzery. Nie ciemnieje w ciągu dnia, nie jest też pomarańczowy. Jeju, jakaś taka ładniejsza się z nim czuję :)
TRWAŁOŚĆ: spokojnie wytrzymuje do późnych godzin popołudniowych, a maluję się bardzo wcześnie rano. Zresztą same zobaczcie, używam go już tydzień, a wierzch tylko pomiziany palcem.
WYDAJNOŚĆ: jestem na tak. Konsystencja musu jest tu dość złudna, bo nabierając kosmetyk na palucha nawet nie przypuszczamy, ile jest w stanie "zamalować".
Waga: 16g
Cena: 19.99 zł
No chyba już się dość nachwaliłam :D Naprawdę jestem fantastycznie zaskoczona. Mogę go polecić każdej z Was, która ma problemy ze świecącą się cerą, w moim przypadku ten podkład dokonał niemożliwego.
OGÓLNA OCENA: 4/5
Trzeba działać dalej i się nie poddawać. Dobry dzień dzisiaj przecież- cały poranek w łóżku z M., na uczelni godziny rektorskie, czyli brak łaciny, tusz do rzęs do odebrania w Rossmannie, piękna pogoda, krótkie spodenki i szpilki nude. Wszystko cacy przecież.
Nawet mój nowy podkład cieszy mnie tak strasznie niezmiernie!
Jednak jeśli ma być mat, to musi być mus. Przynajmniej w moim przypadku.
No i zakochałam się w tym, że łazienkę na 3. piętrze Instytutu Historii Sztuki w celu "przypudrowania noska" odwiedzam nie na każdej przerwie, jak to do tej pory bywało, ale raz, jeden jedyny gdzieś po południu już.
I o tym moim subiektywnym cudeńku chcę Wam dzisiaj opowiedzieć.
CATRICE, MATT MOUSSE MAKE UP
Airy and light yet ultra-mattifying – the delicate Matt Mousse Make-Up practically melts with your skin to give you a perfect, naturally matt-looking complexion while pores and fine lines become invisible. Suitable for all skin types.
Available in five different shades.
OPAKOWANIE: szklany okrągły słoiczek. Moim zdaniem, takie opakowania są świetne, łatwo wydobyć cały kosmetyk, nie trzeba niczego rozcinać, nic na Nas nie chluśnie niespodziewanie. Nigdy nie mam aż tak długich paznokci, by miało mi to jakoś przeszkadzać w używaniu tego typu kosmetyku, ale słyszałam, że niektórzy na to narzekają.
ZAPACH: pudrowy, delikatny, w porównaniu ze śmierdzącym dermablendem z Vichy (recenzja wkrótce), jest mega.
KOLOR: ja posiadam kolor nr 020- natural beige, kupiony perspektywicznie z myślą o blednącej cerze. Obecnie jeszcze dodaję skórze słońca bronzerem, ale myślę, że za jakiś czas ten kolor będzie już idealny.
Producent oferuje natomiast 5 odcieni:
KONSYSTENCJA: super nadmuchana pianka! miałam kiedyś tego typu mus z maybelline, ale przy nim ten z catrice to mgiełka! Kosmetyk jest bardzo lekki, gładki, świetnie rozprowadza się na twarzy, wnika w skórę idealnie wygładzając wszystkie nierówności i pory. Kiedy popatrzyłam z bardzo bliska na okolice swojego nosa, nie mogłam uwierzyć, że to moje ciało. Nie spotkałam się z czymś takim wcześniej i póki co robi to na mnie ogromne wrażenie. Nie pozostawia żadnych smug, nie podkreśla suchych skórek.
EFEKTY: cudo! Tak jak wspomniałam wyżej- piękna korekta! cera wydaje się aksamitnie gładka. Do tego ten długotrwały mat! No kocham to! Nigdy nic tak dobrze sobie nie poradziło z moją świecącą się facjatą. Naprawdę nic. Mój pierwszy dzień z tym podkładem na twarzy, to było patrzenie z niedowierzaniem w lustro. Do tego całkiem dobrze kryje niedoskonałości, a moja cera zaczyna ostatnio reagować na zmianę pory roku chyba i mam niestety co ukrywać. Bardzo dobrze rozprowadza się na nim wszelkie róże i bronzery. Nie ciemnieje w ciągu dnia, nie jest też pomarańczowy. Jeju, jakaś taka ładniejsza się z nim czuję :)
TRWAŁOŚĆ: spokojnie wytrzymuje do późnych godzin popołudniowych, a maluję się bardzo wcześnie rano. Zresztą same zobaczcie, używam go już tydzień, a wierzch tylko pomiziany palcem.
WYDAJNOŚĆ: jestem na tak. Konsystencja musu jest tu dość złudna, bo nabierając kosmetyk na palucha nawet nie przypuszczamy, ile jest w stanie "zamalować".
Cena: 19.99 zł
No chyba już się dość nachwaliłam :D Naprawdę jestem fantastycznie zaskoczona. Mogę go polecić każdej z Was, która ma problemy ze świecącą się cerą, w moim przypadku ten podkład dokonał niemożliwego.
OGÓLNA OCENA: 4/5
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































